
Samotność Dionizosa? [wywiad z Romanem Myśliwcem]
Udostępnij artykuł
Gdy cztery dekady temu na jasielskich zboczach sadził winnicę, wielu wymownie pukało się w czoło. Pionier, hodowca nowych odmian i propagator winiarskiej wiedzy. Roman Myśliwiec, przez dziennikarzy nazwany kiedyś „Dionizosem z Jasła” opowiada nam, czy podjętą kiedyś misję uważa za zakończoną, czy po latach czuje się winiarstwem zmęczony, co sądzi o obecnym rynku polskiego wina i jak to z tą jego Jutrzenką było.
Zagaję niefrasobliwie – jak się miewa Roman Myśliwiec? Widzę, żeś chyba w dobrej formie?
W duszy ciągle młody, a fizycznie – „stosownie do wieku”. Coraz częściej odwiedzam lekarzy różnych specjalności. Ale jest jeszcze coś – zauważyłem u siebie pozytywne zmiany mentalne – jestem bardziej tolerancyjny, a na wiele życiowych zjawisk patrzę ze sporym dystansem. Myślę, że wynika to wprost z życiowego doświadczenia. W poradach winiarskich często stosuję znane powiedzenie „róbta, co chceta”, zdając sobie sprawę, że i tak niewielu przyszłych winiarzy mnie posłucha. Natomiast jeśli chodzi o sprawy ogólne – moja romantyczna natura bardzo cierpi, obserwując niekorzystne zmiany społeczne. Świat wyraźnie głupieje, zło i głupota wyraźnie wygrywają z dobrem, a wartości niematerialne są coraz mniej cenione. Bardzo się boję, że może przyjść jakiś poważny „reset” – dawno nie przeżyliśmy światowego konfliktu. To jest jednak temat na inną rozmowę.
W wywiadzie, który przeprowadziłem z tobą w 2009 roku deklarowałeś restart, odpoczynek – zaznaczmy – aktywny. Udało się?
Po przekazaniu gospodarstwa szkółkarsko-winiarskiego dzieciom mogłem skoncentrować się na realizacji osobistych planów. Zarejestrowałem fundację Galicja Vitis i przy wydatnej pomocy Wojtka Bosaka, Ewy Wawro i Radka Fronia uruchomiliśmy PAW – Podkarpacką Akademię Wina – nasz sztandarowy projekt. Dzisiaj mija już 12. rok historii Akademii. Pozostałe aktywności Fundacji to Międzynarodowy Konkurs Win Galicja Vitis, działalność wydawnicza, współpraca z samorządem jasielskim, a także – po założeniu samorządowej Winnicy Jasło – produkcja wina. Nie nudzę się, a formuła pracy w jednoosobowym zarządzie bardzo mi odpowiada. Kolekcję 12 napisanych książek na razie zamyka album 101 odmian winorośli – to połączenie winiarstwa z inną moją pasją – fotografią.
Cóż, zawsze byłeś indywidualistą.
Zdaję sobie z tego sprawę. Jednak ten indywidualizm często odstrasza pomocników i w efekcie większość prac muszę wykonywać sam…
Były sukcesy. A niepowodzenia?
Oczywiście, że się pojawiają. Choćby w mojej bieżącej działalności – coraz trudniej dogonić rosnące koszty w statutowych działaniach komercyjnych, często kończy się to ujemnym wynikiem finansowym. Gwałtowne załamanie się czytelnictwa w ostatnich latach również nie wróży niczego dobrego wydawcom książek, a także finansom Fundacji. Książki zastępuje smartfon i rozpychająca się w ostatnich latach sztuczna inteligencja. Cenię i staram się stosować nowoczesne narzędzia, ale żeby z tego powodu rezygnować z biblioteki? Nigdy! Byłem wychowany na książkach i mam ich sporo z różnych dziedzin, którymi się interesuję – winiarstwo, góry, fotografia, plastyka, muzyka. Trudno byłoby mi żyć, gdybym miał tylko smartfon i AI.
Ale na tym – mam nadzieję – nie koniec?
Pragnę, aby ludzie nie zapomnieli o wiodącej roli Podkarpacia w odradzaniu się współczesnego polskiego winiarstwa. Mam na nią mnóstwo dowodów. Jestem na etapie porządkowania i digitalizacji dokumentów, publikacji prasowych i filmów z tamtych pionierskich czasów. Myślę, że przyszła pora, aby rozpocząć prace nad utworzeniem historycznej kroniki współczesnego polskiego winiarstwa.
Byłoby fantastycznie. Porozmawiajmy więc o tej współczesności polskiego winiarstwa. Wszystko idzie w dobrym kierunku?
Rozwija się dynamicznie, wbrew wielorakim trudnościom. Na świecie mamy nadprodukcję wina, trudno się przebić z nowym produktem i to nawet ze wsparciem specjalistycznego marketingu, który u nas jest w powijakach. Polska to duży rynek, ale co z tego, skoro statystycznie spożycie wina jest nadal niskie. Także nowe trendy antyalkoholowe i idące za nimi zmiany prawne nie pomagają winiarzom. A jednak wciąż przybywa nowych winnic i nowych etykiet. Na szkolenia w PAW przyjeżdżają do Jasła z odległych miejscowości ludzie w różnym wieku i bardzo różnych zawodów. Często żartujemy sobie z tego powodu, witając na inauguracji studium prawników, informatyków, lekarzy, emerytowanych wojskowych, marynarzy, ale także pragnących poszerzyć swoją wiedzę studentów. Ciekawe, że najmniej zgłasza się do nas rolników.

A na jakim etapie jest dzisiaj „Dionizos z Jasła”? I przy okazji: dobrze ci z tym przydomkiem?
Jestem we właściwym miejscu. Kiedyś zdobywałem, nie bez trudności, winiarską wiedzę i natychmiast się nią dzieliłem. Nadanym przez dziennikarzy przydomkiem „Dionizos z Jasła” na szczęście prawie nikt mnie nie obdarza. To dobrze, nie można tej ksywki traktować zbyt poważnie. Nie mam cech narcystycznych, chociaż lubię twardo bronić swoich racji i miło mi, kiedy ktoś docenia wieloletnią pracę, którą wykonałem.
Przybywa nie tylko winnic, ale też kierunków enologicznych na uniwersytetach, szkoleń i konferencji, firm świadczących usługi winogrodnicze etc. Jak na tym tle przedstawia się Podkarpacka Akademia Wina?
Jest jedną z najstarszych. Oferujemy najwięcej zajęć praktycznych, mamy pełny, 320-godzinny, kompleksowy program nauczania i przyjacielską integrację. Wykładają najlepsi specjaliści w Polsce. Wygrywamy także cenowo – wystarczy porównać oferty. A z tego, że mamy w kraju sporo firm zaopatrujących klientów w sprzęt winiarski jest bardzo pozytywny. Pamiętam jak 30 lat temu zbiorniki na wino przywoziłem z Moraw, musiały przejść odprawę na granicy. Teraz winiarze już nie tracą czasu i pieniędzy na takie wyprawy.
Nie milknie spór „hybrydy czy vinifery?”.
Wolę dobrego regenta od kiepskiego Pinot Noir. Nie jestem oczywiście przeciwnikiem odmian winorośli europejskiej, a jako dowód mogę podać moje ulubione trzy odmiany, z których wina najbardziej cenię: Riesling Włoski (zwłaszcza Olaszrizling w wydaniu Somló), Grüner Veltliner (koniecznie austriacki) i Hárslevelű (w słowackim Tokaju to Lipovina). Rzecz jasna wszystkie w wytrawnym wydaniu. Jednak mam także ulubione odmiany mieszańcowe: to trochę ostatnio w Polsce zapomniana Bianca, Vidal Blanc – odporny na szarą pleśń, dający świetne wina lodowe, oraz Swenson Red, odporny na mróz, plenny, mający smaczne owoce – Winnica Golesz robi lubiane przez konsumentów półwytrawne wino Elmer.
Już słychać głosy sprzeciwu…
Zapewne. Jednak sprawa jest dość prosta. W moich książkach i na szkoleniach tłumaczę, gdzie można posadzić odmiany winorośli europejskiej, w którym rejonie i na jakim stanowisku, a gdzie może się udać tylko np. Maréchal Foch. Mniejsze winnice z przeznaczeniem na własny użytek, są zakładane także w północno-wschodniej Polsce, a tam – niech adwersarze mówią co chcą – nie może się udać Riesling czy Pinot Noir. Mówię tu o regularnych, pewnych plonach i choćby przyzwoitej jakości winach. Cały współczesny świat podąża w stronę ekologii, np. stosowania mniejszej ilości pestycydów, a to wyraźnie faworyzuje odporniejsze na choroby mieszańce. Opinie o gorszej jakości wina z hybryd także się nie bronią. Analizowałem kilkunastoletnie wyniki konkursu Galicja Vitis i liczba złotych medali zdobytych przez polskich winiarzy właśnie za wina z mieszańców okazuje się przygniatająca.
W tych dyskusjach powraca argument o ocieplającym się klimacie.
Jasne, ale ocieplenie klimatu nie powinno być powodem powszechnego sadzenia cabernetów. Jakość win z odmian winorośli właściwej jest wysoka, ale tylko pod warunkiem, że owoce osiągną pełną dojrzałość, co w Polsce zdarza się rzadko, bo one przeważnie dojrzewają późno. Właśnie dlatego dobór odmian powinien być podyktowany głównie względami ekonomicznymi. To powód, dla którego doradzając przyszłym winiarzom postępuję tak, jakbym realizował własny projekt. Nieodpowiedzialne narażanie inwestujących w winiarstwo grube fundusze jest nieuczciwe. A namawianie do tego lekkomyślne i głupie – robią to przeważnie konsumenci wina lub pozbawieni winiarskiej praktyki dziennikarze.
Kolejny wątek w dyskusjach: najlepsze odmiany do uprawy w Polsce. Białe czy czerwone?
Zawsze uważałem – i to się potwierdza – że Polska jest krajem win białych, zwłaszcza musujących, a idąc dalej, różowych, bursztynowych, lodowych, słomkowych, likierowych. A czerwone? Prawie wszystkie wysokiej jakości czerwienie powstają z dobrze dojrzałych odmian późnych – mam tu na myśli cięższe, taniczne wina. Oczywiście lekkie, owocowe są do uzyskania i także mają swoich odbiorców. Ze szczepów nadających się na dobre wino czerwone poleciłbym Zweigelta – w grupie vinifer jest to odmiana nieco wcześniejsza i odporniejsza. W ciepłym roczniku dać może dobre wino czerwone, a w chłodniejszym – bardzo dobre różowe. Oczywiście w przysłowiowych Suwałkach nie radziłbym jej sadzić. Zweigelt nie lubi także ciężkich, gliniastych, płytkich i kwaśnych gleb.


Na fali jest Pinot Noir*. Zbyt ryzykowny?
To odmiana jest uważana w Europie za jedną z najtrudniejszych w uprawie, a w Polsce jakby na przekór wszystkiemu, często sadzona. Dojrzewa nieco wcześniej od innych vinifer, jest jednak mało plenna i bardzo wrażliwa. Popularyzowana raczej przez zwolenników prestiżowego napisu na etykiecie. Z pinotem byłbym bardzo ostrożny. Dodam, że w ciągu ostatnich kilkunastu lat udało mi się degustować dobrego polskiego pinota zaledwie cztery razy.
* Zgodnie z życzeniem bohatera wywiadu nazwy odmian winorośli piszemy od dużych liter [red.].
A Jutrzenka, którą stworzyłeś? Nie brak głosów, że jej profil jest zbyt agresywny, by warto było w nią inwestować. Co sądzisz po latach?
Jutrzenka ma rzeczywiście bardzo intensywny aromat, dlatego nadaje się raczej do mieszania z winami mniej aromatycznymi. Dodatek 10–15% radykalnie zmienia profil kupażu. Na wina odmianowe Jutrzenka się nie nadaje, zwłaszcza ta z krzewów uprawianych na ciężkich, gliniastych glebach. Aromat wina jest wtedy mniej przyjemny, a kwasowość ostra i agresywna.
Podobno nie jesteś do końca pewien jej rodowodu?
W latach 90. zajmowałem się na amatorską skalę pracami hodowlanymi. Z setek testowanych przez ćwierć wieku krzyżówek zostało dziś zaledwie kilkanaście. Dwie z nich pod nazwami Vinea i Roksana znajdują się pod opieką jednego z najlepszych polskich winiarzy. Jak się ostatnio dowiedziałem, najnowsze badania genetyczne wskazują, że Jutrzenka ma jednak innych rodziców [niż Seyve Villard 12-375 × Pinot Blanc – red.], a jednym z nich prawdopodobnie jest rosyjska odmiana Cwietocznyj. Całkiem możliwe, że doszło w tamtych czasach do pomyłki. Uprawiając krzyżówki z mojej hodowli, testowałem także różne nowe odmiany sprowadzane z Rosji, Ukrainy, Mołdawii i Moraw. W hodowli winorośli takich pomyłek jest sporo. Dziś genetyka nie tylko bardzo upraszcza i skraca prace hodowlane, ale także porządkuje pochodzenie wielu odmian. Tak czy owak to budujące, że wyselekcjonowana i rozpowszechniona przeze mnie odmiana jest w naszym kraju wykorzystywana. Pomimo braku oficjalnej rejestracji, według danych KOWR-u, Jutrzenki jest w Polsce w uprawie około 6 ha.
Zawsze podkreślałeś znaczenie odporności winorośli na mróz. Który minionej zimy nadszedł – gdzieniegdzie było nawet poniżej -20ºC. Niewykluczone, że niektóre winnice zostały surowo zweryfikowane przez naturę.
Ta zima potwierdza tezę, którą głoszę od lat – zakładając w Polsce winnicę, należy uwzględnić warunki klimatyczne i lokalizacyjne. Oczywiście wiemy, że na skutek kompromitującej działalności człowieka klimat w ostatnich latach wyraźnie się ocieplił. Trzeba jednak uwzględnić kilka winiarskich faktów. Po pierwsze – występujące w lecie temperatury powyżej 30ºC wcale nie przyspieszają dojrzewania owoców. Po drugie – zbyt wysokie temperatury w lecie i brak śniegu w zimie pogłębiają suszę, a przecież dla gromadzenia cukru w owocach jest potrzebna umiarkowana wilgotność gleby. Po trzecie – występujące lokalnie ekstremalnie wysokie temperatury destabilizują klimat, czego wynikiem są ulewne opady, gwałtowne, niszczące burze i gradobicia. Po czwarte – rozchwianie i niestabilność klimatu powodują także częstsze występowanie spóźnionych przymrozków wiosennych, a tej na przykład zimy – również bardzo niskich temperatur. Po piąte – winnicę zakładamy przecież na kilkadziesiąt lat, a skąd pewność, że nie wróci znana z historii Ziemi „mała epoka lodowcowa”?
Zły dobór odmian do lokalizacji to niejedyny błąd, który popełnia się w polskich winnicach…
Tak. Na przykład we wszystkich książkach i na szkoleniach przekonuję o konieczności głębokiego sadzenia krzewów, zwłaszcza tych szczepionych na podkładkach. Miejsce połączenia podkładki z naszczepioną odmianą trzeba szczególnie chronić przed przemarzaniem, dlatego powinno być jak najbliżej powierzchni ziemi. Wprawdzie w zachodniej Europie wystawia się „główki” sadzonek kilka centymetrów powyżej niej – wtedy nie tworzą się tzw. korzenie podpowierzchniowe i nie trzeba ich wycinać. Jednak w zachodnioeuropejskim klimacie nie występują ekstremalnie niskie temperatury, które mogłyby zniszczyć naszczepioną, wrażliwą na mróz odmianę. W Polsce widziałem już wiele hektarów upraw z sadzonkami wystającymi z ziemi nawet do połowy długości! Przy braku śniegu i mrozie poniżej dwudziestu stopni szczepione, wrażliwe na mróz vinifery niewątpliwie zakończą swój żywot – i to wszystkie, bez względu na to, czy będzie ich dziesięć, czy dziesięć tysięcy. Aż strach pomyśleć, jakiego areału w Polsce może dotyczyć to zagrożenie.
Wydaje się, że w środowisku winiarskim zapanował radosny, lecz nieco ślepy entuzjazm. Brakuje rzetelnej, czasem brutalnej krytyki jakościowej. Czy w Polsce wciąż trudno o uczciwą opinię, a wręcz dyskwalifikację słabych win, które psują opinię rynkowi? Może czas przestać poklepywać się po plecach i zacząć wymagać od naszych winiarzy wyższych standardów?
Jakość rodzimego wina w ostatnich latach nie tylko wzrosła, ale też bardzo się zróżnicowała. W 13-letniej historii konkursu Galicja Vitis (przypomnijmy: z międzynarodową obsadą) jedynie w kategorii czerwonych żadne polskie wino nie zdobyło tytułu championa (najlepsze w danej kategorii), a w każdym roku przybywa dla Polski złotych medali. Coraz mniej spotyka się win ze szkolnymi błędami, np. utlenieniem, jednak w dalszym ciągu jest sporo takich, które trudno byłoby z przyjemnością wypić. A jako że trudno znaleźć butelkę kosztującą poniżej 60 zł, daje to fatalną relację jakości do ceny i aż dziw, że niektórym winiarzom udaje się takie wina sprzedać. Na szczęście średnia jakość idzie wyraźnie w górę, jest też coraz więcej win drogich, ale wartych swojej wysokiej ceny. Osobny temat to klasa i cena polskich win oferowanych w niektórych, nawet znanych restauracjach. Niezależnie od jakości ceny szybują do absurdalnego poziomu i tylko dzięki nieświadomości konsumentów ten interes zdaje się kręcić.
Pochodzisz z Jasła i Jasło promowałeś. Jak postrzegasz winiarskie Podkarpacie na tle innych regionów? W kuluarach powiadają, że Lubuskie czy Dolny Śląsk, dzięki lepszym warunkom naturalnym wyprzedziły twój region, pozostawiając go z tyłu, w roli „hybrydowego skansenu”. Zgadzasz się? Czujesz odrobinę zazdrości?
Ani trochę – życzę wszystkim dobrze, dokładnie po równo. Ćwierć wieku temu Podkarpacie było wiodącym regionem, a w okolicach Jasła rodziło się skupisko winnic. Już wtedy wiedziałem, że inne regiony nas wyprzedzą i to z różnych powodów – lepszy klimat i gleby, więcej terenów przydatnych pod winnice, bliskość dużych aglomeracji, bogatsze społeczeństwo.
Stowarzyszenie Winiarzy Podkarpacia, w którym pracowałem społecznie 10 lat, zrzeszało winiarzy z połowy Polski. Mieliśmy bardzo dobrą współpracę z samorządem lokalnym i wojewódzkim. Kilkuletnie dofinansowanie programów winiarskich przez ten drugi stymulowało zainteresowanie winiarstwem i pomagało w lobbowaniu zmian prawnych.
Dzisiaj najwięcej winnic jest w Małopolsce i wcale mnie to nie dziwi. Pamiętam szkolenie winiarskie w 2006 roku w Akademii Rolniczej w Krakowie, na które zgłosiło się 170 osób!
A na wiodącą rolę Podkarpacia w odradzaniu się współczesnego polskiego winiarstwa mam mnóstwo dowodów. Aktualnie jestem na etapie porządkowania i digitalizacji dokumentów, publikacji prasowych i filmów z tamtych pionierskich czasów. Myślę, że przyszła pora, aby rozpocząć prace nad utworzeniem historycznej kroniki współczesnego polskiego winiarstwa.


Czy masz jeszcze wpływ na wina z Winnicy Golesz? Doradzasz Bartkowi? Wywierasz presję? Czy też ma pełną autonomię?
Kilkanaście lat temu z moją nieżyjącą już żoną Janiną podjęliśmy wspólną decyzję i prawnie przekazaliśmy cały dorobek naszym dzieciom – Bartkowi i Justynie. W początkowym okresie wspólnej pracy starałem się im dać jak najwięcej wiedzy. Od około 10 lat Bartek i Justyna prowadzą samodzielnie gospodarstwo szkółkarskie oraz produkcję wina i mają pełną autonomię. Zapewne nie jest to zbyt typowy przykład w polskiej tradycji – rodzice często nie mają komu przekazać gospodarstwa, bo młodzi mają własne pomysły na życie. Zdarza się również, że nie pozwalają młodym na samodzielność. Ja, pomimo romantycznej natury, jestem także realistą i pragmatykiem. Uważam, że młodym trzeba dać samodzielność działania – sam lubię zmiany, w pewnym momencie ze szkółkarza winorośli przemieniłem się w edukatora i promotora winiarskiego – przez wiele lat pracowałem, jednocześnie ucząc się tego nowego zawodu i na bieżąco przekazując świeżo nabyte umiejętności klientom. Od kilkunastu lat pracuję głównie społecznie, organizując różne działania związane z promocją i edukacją winiarską.
Wśród winomanów szeroko dyskutuje się kwestię ceny polskich win. Znane są argumenty winiarzy dotyczące konieczności zwrotu inwestycji, wysokich kosztów, etc. Ale czy rodzime winiarstwo nie wpadło w pułapkę liczenia na „patriotyzm zakupowy”, sprzedając przeciętne wina za nieprzeciętne pieniądze? Konsumenci pytają: gdzie tu kończy się jakość, a zaczyna czysty marketing? Dotyczy to też eksportu – polskie cenniki szaleją, a konkurencja jest przecież duża.
Wina polskie są oczywiście zbyt drogie w stosunku do jakości i nie jest to żadna tajemnica.
My, winiarze chcielibyśmy jak najdrożej sprzedawać swoje produkty, ale co na to klienci? Mogą tych zbyt drogich win nie kupować, a co wtedy z winiarzami? Na świecie jest nadprodukcja wina, sprzedawanie go zbyt drogo wydaje się niezbyt dobrym ekonomicznym posunięciem. Winiarstwo wymaga oczywiście olbrzymich nakładów inwestycyjnych, ale przecież to nie jest problem konsumentów. Znaleźliśmy się w ciekawym momencie – z jednej strony wzrasta zainteresowanie produktami naturalnymi, lokalnymi; z drugiej – obserwuje się silny odwrót od alkoholu, co pokazały ostatnio zaproponowane, absurdalne propozycje legislacyjne. Co prawda nieźle radzi sobie hasło „dobre, bo polskie”, ono jednak zwykle działa dość krótko i nie na wszystkich. Można też wyobrazić sobie bogatego inwestora, nie przejmującego się kalkulacją ekonomiczną i zakładającego winnicę jako „posag” dla kolejnego pokolenia. Winiarstwo jest bardzo ciekawą, pasjonującą i prestiżową działalnością, ale ma niewiele wspólnego z łatwym zarabianiem pieniędzy. Jednak mimo tych wszystkich poważnych przeszkód i rozmaitych dylematów nowe winnice w Polsce wciąż powstają.
A jeśli chodzi o eksport – według mnie najbliżej realnej szansy na sukces są polskie wina musujące. Wiele z nich osiągnęło już bardzo dobry europejski poziom. Warunkiem powodzenia będzie skuteczny marketing, a przede wszystkim znacznie większa liczba butelek.
W roku 2025, podczas Konwentu Polskich Winiarzy we Wrocławiu, przyłapałem cię samotnego, siedzącego w pustej sali konferencyjnej. Udało mi się zrobić wtedy zdjęcie. Można je uznać za symboliczne? Czujesz rodzaj osamotnienia, bycia na finiszu?
Moja odpowiedź nie będzie jednoznaczna. Przede wszystkim należy zdefiniować to, jak rozumiemy samotność. Życie bez towarzystwa ludzi? Bez partnerki? Bez rodziny? Bez pracy?
W pewnym sensie, nawet w niewielkim zakresie, każdy człowiek w starszym wieku czuje się samotny. Nie mamy już rodziców, dziadków, a my z żyjących jesteśmy najstarsi, czyli kolej na nas… Ja także trochę czuję się samotny, chociaż nawet nie zauważyłem, kiedy przeszedłem na emeryturę. Pracuję nadal, chociaż charakter i rodzaj tej pracy staram się dopasować do moich możliwości. Wtedy, na konwencie czułem się trochę niezręcznie i nieswojo. Zauważyłem, że wielu uczestników mnie zna, a ja tylko nielicznych rozpoznawałem i wiedziałem, jak mają na imię. Było to dla mnie irytujące, ale to jednak moja wina, bo rzadko biorę udział w imprezach winiarskich, a nowych winiarzy wciąż przybywa.
Roman Myśliwiec
Prekursor i propagator odradzającego się polskiego winiarstwa, założyciel pionierskiej Winnicy Golesz w Jaśle (1982 r.), szkółkarz i hodowca winorośli, współzałożyciel Fundacji Polski Instytut Winorośli i Wina oraz Stowarzyszenia Winiarzy Podkarpacia, koordynator samorządowych programów winiarskich, autor kilkunastu książek oraz licznych publikacji prasowych o tematyce winiarskiej, w tym trzech książek nagrodzonych przez International Organisation of Vine and Wine w Paryżu. Pomysłodawca i współorganizator Międzynarodowych Dni Wina w Jaśle. Współorganizator Międzynarodowego Konkursu Win GALICJA VITIS. Założyciel Fundacji Na Rzecz Rozwoju i Promocji Winiarstwa GALICJA VITIS. Współorganizator i wykładowca Podkarpackiej Akademii Wina w Jaśle. W 2013 roku za wybitne zasługi w działalności na rzecz popularyzacji i rozwoju winiarstwa w Polsce odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.
