
Czy Warto
Udostępnij artykuł
Cierpienia młodego winiarza
Powiercie. Nawigacja pokazuje trzy godziny drogi z Katowic. Pinezka jest w centralnym punkcie Polski. Wbiła się w serce kraju. Dolina Warty, Grabowscy. Przyspieszam.
Jadę zobaczyć jedną z największych polskich winnic. Z niedowierzaniem kręcę głową. „Po jaką cholerę zakładać winnicę w Polsce?” – zastanawiam się, słuchając wywiadu z właścicielami, czyli rodziną Grabowskich.
Nasze wino czy nasza wina?
Przyleciałem z Toskanii, gdzie od trzech lat obserwuję cierpienia małych winiarni. Dlaczego ktoś przy zdrowych zmysłach chciałby wziąć udział w tak ekstremalnym sporcie, jak produkcja wina nad Wisłą? Nurkowanie z rekinami brzmi w tym kontekście rozsądniej. Tak sobie myślę, a samochód połyka kolejne kilometry autostrady A2 w kierunku Poznania.
Dojeżdżam na miejsce. Przed maską wyrasta pałac; właściwie szkielet pałacu i trzydziestu fachowców uwijających się na placu budowy.
– Sezamie, otwórz się – mruczę do siebie i ruszam do nowoczesnego budynku z olbrzymim napisem „Winnica Warto”. – To się jeszcze okaże, czy się otworzy – dodaję, rozglądając się po hali, w której piętrzą się metalowe zbiorniki. Na oko dojrzewa w nich dwadzieścia tysięcy litrów wina. Upadam po raz pierwszy. Nigdy się do tego nie przyznałem, ale kiedy myślę o kolejnym „nowym koncepcie na winiarskiej mapie Polski”, widzę piwnicę w starej stodole, w której wypaleni pracą w korporacji hipisi szukają sensu życia.
– Urodziłeś się głupi, więc zemrzesz głupi, synku – powiedziałby mój ojciec. Uśmiecham się nad własną naiwnością.
Wypatruję jaj. W wywiadzie, którego słuchałem, Grzegorz Grabowski – założyciel, wspomina o specjalnym procesie dojrzewania win – w jajach fermentacyjnych. „Kamienne jaja” – myślę i w tym momencie pojawia się Grzegorz.
AKT PIERWSZY Zaskoczenie
– Łukaszek! Nareszcie. Dobrze się w końcu zobaczyć.
To nasze pierwsze spotkanie. Skraca dystans. Uśmiech nie schodzi mu z twarzy. Żywe, ciekawe oczy szukają problemów do rozwiązania. Szukajcie, a znajdziecie. Grzegorz odbudowuje zabytkowy pałac, nasadził ponad 40 ha winorośli, a w przeszklonych piwnicach leżakuje 100 tys. butelek wina.
Przełykam ślinę i pytam, czy na pewno może poświęcić mi cały dzień.
– No, a jak. Tylko skoczymy na budowę i ja ci zaraz wszystko opowiem – Grzegorz jest już w połowie drogi z leżakowni do pałacu. Zakłada mi kask na głowę i pyta, czy nie boję się wysokości.
„Kamienne jaja, Łukasz…” – myślę, a w głowie utożsamiam się z tymi fermentacyjnymi. Wspinamy się po kilkunastometrowej drabinie na trzecie piętro budowy, a w międzyczasie poznaję historię winnicy położonej w Powierciu – miejscowości, do której jest blisko z każdego punktu w Polsce, jak lubi powtarzać właściciel.
Przejaw szaleństwa czy rozsądku?
– We Włoszech winnicę się dziedziczy, w Polsce zakłada – Grzegorz śmieje się i tłumaczy, że za komuny w tym pałacu była szkoła ogrodnicza, do której uczęszczał jego tata. A za czasów Potockich podobno była tu mała winnica, ale nie udało mu się jej odnaleźć. Jeszcze! – dodaje i mówi, że tata nieźle by się zdziwił, gdyby mógł to zobaczyć.



– Dolina Warty to jedno z najcieplejszych miejsc w Polsce. A klimat się zmienia, kolego, więc za dziesięć lat winiarze z Francji będą prosili, żebyśmy im wysłali trochę polskiego wina – Grzegorzowi błyszczą oczy, kiedy o tym opowiada.
– A ty wiesz, jaka tu jest ziemia? – ciągnie mnie do najbliższego pola obsadzonego souvignier gris. Przyklęka przy winorośli i wkłada rękę w mokrą glebę. Patrzy na mnie wymownie. Robię to samo.
– To jest ziemia gliniasta. Rozumiesz? Cała Dolina Warty to skarb, bo ma terroir, o którym się na Zachodzie nie śniło. Poczuj ten zapach – podkłada mi pod nos ziemię. Nie dziwię się już niczemu. Ubabrani błotem wąchamy ziemię na środku pola winorośli w centralnej Polsce. Cieszymy się jak dzieci.
AKT DRUGI Ciekawość
Wracamy do winiarni, gdzie czekają na nas Monika – żona Grzegorza, oraz Alicja Chęcińska – córka, która razem z rodzicami zarządza winnicą. Na stole sery i wędliny od okolicznych producentów, wino i ciasto z pianką – dzieło Moniki, które zyskuje sławę porównywalną, do etykiet produkowanych tu pod markami ETOS i SOTE. Lodów nie trzeba przełamywać. Historia rodziny splata się z winoroślami. Płynie wartkim nurtem Warty. Osadza się w dolinach, z których przecież pochodzą wszystkie cywilizacje. Pachnie minerałami i taninami, o których opowiadał mi Adam Pawłowski, pierwszy polski Master Sommelier, współpracujący na stałe z Winnicą Warto. Degustujemy.
„In vino veritas” – myślę sobie i decyduję się zapytać w końcu, o to, co męczyło mnie od samego początku.
Czy to się opłaca?
– Co wam odbiło, żeby zakładać tak olbrzymią winnicę? Dlaczego?
Cisza oblepia ściany budynku. Grabowscy patrzą po sobie. W kieliszkach z winem odbija się niebieski neon, połyskują beczki, słychać szmer rąk przy zbiorach. Alicja odpowiada zdecydowanym głosem:
– Bo warto.
Uśmiechają się do siebie.
– „Są w życiu rzeczy, które warto i są takie, które się opłaca. I nie zawsze to, co warto – się opłaca, nie zawsze to, co się opłaca – warto”. Cytat z Władysława Bartoszewskiego, który powtarza Alicja, stał się mottem winnicy.
AKT TRZECI Zauroczenie
– Moi rodzice zawsze tacy byli: gościnni – mówi Alicja. – Kiedy byłam dzieckiem, przez nasz dom przewijały się korowody znajomych, przyjaciół. Rodzice kochali biesiadować i dzielić się opowieściami. Gdy szukaliśmy DNA Winnicy Warto, to była jedyna droga. Gościnność, czyli zaproszenie do naszego domu, którym jest winnica i podzielenie się tym, co dla nas ważne, to w jednym zdaniu Winnica Warto – kończy Alicja. I jeszcze kładzie nacisk na to, że tego samego szukają u ludzi, z którymi współpracują.
Gościnność przez doświadczenie
– Warto, bo pragniemy podkreślać najwspanialszą polską tradycję: wspólnego biesiadowania, które nie musi kojarzyć się z gośćmi zalegającymi pod stołem. Wycieczki enoturystyczne, które organizujemy – degustacje wina w jego naturalnym środowisku, podpatrywanie zbiorów, winorośli, produkcji – stały się znakiem rozpoznawczym Winnicy Warto – dodaje Monika, której opowieściom o biesiadowaniu nie muszę wierzyć na słowo, bo przed chwilą poczęstowała mnie soczystym wołowym stekiem. Zaczyna się zachód słońca, wsiadamy do aut terenowych, podążamy do źródła – nad Wartę.
Nad brzegiem rzeki dopada nas zmierzch. Zmieniamy kierunek. Jedziemy do prywatnego domu Grabowskich. Nawet przez sekundę nie brali pod uwagę, że będę wracał do Katowic. Przygotowali mi łóżko w domku dla gości. Siedzimy przed kominkiem kolejne trzy godziny. Próbujemy win z winnicy Amiata, które przywiozłem w prezencie.
– Amiata wymiata – śmieje się Grzegorz. Po chwili nalewa swoje pinot noir. Uczciwie? Nie dostrzegam różnicy w jakości. Jest przed północą. Grzegorz cieszy się i patrząc w ogień, mówi, że wszyscy stukali się w głowy, kiedy nasadzał piąty hektar kilka lat temu. Teraz zbliża się do pięćdziesięciu i szczerze przyznaje, że on po prostu kocha pracę z ziemią. Kocha. Inaczej nic z tego nie miałoby sensu.

– Gdyby w Powierciu były wiatraki, to wołaliby na mnie Don Kichot.
Wyobrażam sobie Grzegorza z długą butelką wina w dłoni, na czerwonym, zabytkowym traktorze Porsche, szturmującego kamienne jaja fermentacyjne. Mogło się zdarzyć. Wszyscy nazywają cię wariatem – dopóki nie okaże się, że to ty pierwszy miałeś rację.
AKT CZWARTY Zaufanie. Bo WARTO
Znam wiele polskich winnic, ale Warto jest pierwszą, w której można przepaść. Dlaczego?
Chodzi o wizję. Chodzi o coś więcej niż pasję do winiarstwa, biznes czy styl życia. Winnica Warto z Powiercia to pierwsza, w której chodzi o zmianę kultury picia wina w Polsce. To zmiana generacyjna. To zmiana mentalności pokolenia, w którym polskie wino kojarzy się źle albo wcale. To zaproszenie do przygody, którą przeżyli Francuzi, Włosi i Hiszpanie, a która teraz zaczyna się w Polsce. To zaproszenie do Powiercia, do Doliny Warty.
I jeżeli zapytacie mnie, Ślązaka mieszkającego w Toskanii, dlaczego mielibyście to zaproszenie przyjąć, uśmiechnę się i powiem, tak samo zdecydowanie, jak wcześniej Alicja:
– Bo Warto.
