
Słowo, które zniknęło
Udostępnij artykuł
czyli krótka opowieść o autentyczności, tożsamości i odwadze powrotu do korzeni
Ile odwagi potrzeba, by zrezygnować z używania najbardziej rozpoznawalnego słowa określającego wino musujące i odsunąć się tym samym od wszystkich skojarzeń, które przywodzi ono na myśl? Szczególnie z perspektywy sprzedażowej to niełatwa decyzja – przecież znacznie prościej zaoferować odbiorcy coś, co już kojarzy. Kto oglądał kultowy Rejs, ten wie, że zgodnie z prawem inżyniera Mamonia, ludziom podobają się melodie, które już raz słyszeli, a na wszystko, co nowe patrzą z ostrożnością. Dlaczego więc świadomie rezygnować z tego, co rozpoznawalne i marketingowo wygodne, iść pod prąd i budować tożsamość wina na zupełnie innych fundamentach?
Z jednej strony to hektary płaskich, żyznych terenów Wenecji Euganejskiej, gdzie powstaje prosecco w wersji generic – lekkie, proste, często tanie i powszechnie dostępne, obecne w dyskontach, pubach i na bottomless brunchach. To właśnie ten obraz dominuje w świadomości konsumentów: wino dla każdego, dostępne zawsze i wszędzie. Z drugiej strony stoją strome, tarasowe wzgórza Valdobbiadene i Conegliano, wpisane na listę UNESCO, gdzie każde grono zbiera się ręcznie, a produkcja wymaga ogromnych nakładów pracy i kosztownej technologii. Tutaj prosecco nie jest produktem masowym – jest wyrazem terroir, rzemiosła i tradycji. To zupełnie inny świat niż ten, który większość osób ma przed oczami, słysząc słowo „prosecco”. I właśnie dlatego garstka producentów z Valdobbiadene zdecydowała się świadomie z tego słowa… zrezygnować.
Czym właściwie jest prosecco?
Ale, drogi czytelniku, zanim ruszymy dalej, uporządkujmy podstawy wiedzy. Wiesz na pewno, że prosecco to włoskie wino musujące pochodzące z dwóch północnych regionów: Wenecji Euganejskiej oraz Friuli-Wenecji Julijskiej. Najczęściej powstaje metodą Martinottiego-Charmata, która pozwala uzyskać świeży, lekki i owocowy charakter wina. Podstawowym szczepem, z którego ono powstaje w przynajmniej 85%, jest umiarkowanie aromatyczna odmiana glera.
Ważna kwestia, o której warto pamiętać: prosecco, podobnie jak nasz oscypek, ma status chronionego oznaczenia pochodzenia (PDO). To gwarancja, że butelka, którą znajdziemy na sklepowej półce spełnia określone normy jakości i naprawdę pochodzi z właściwego regionu. We Włoszech obowiązują dwie apelacje regulujące produkcję prosecco: DOC oraz DOCG. Rozróżnienie ich organoleptycznie jest wyjątkowo proste – każda butelka musi mieć na szyjce naniesioną włoską banderolę – niebieską, jeśli pochodzi z apelacji DOC, lub brązową, jeśli ma bardziej prestiżową certyfikację DOCG. Wzór banderoli jest w całych Włoszech taki sam; zmienia się jedynie instytucja, która ją wydaje, ponieważ każda apelacja dysponuje własnym konsorcjum czuwającym nad jakością.
Produkcja prosecco osiąga dziś skalę, która przebija wszystkie inne wina musujące na świecie: w zależności od rocznika na rynek trafia 700–800 mln butelek rocznie. Dla porównania, Szampania wypuszcza średnio około 300 mln. Taka liczba robi wrażenie, choć jak wiadomo, ilość nie zawsze idzie w parze z jakością. Mimo że apelacja DOC jest tylko trzy razy większa niż apelacja DOCG, produkuje około siedem razy więcej wina!
W ostatnich latach reputacja prosecco nieco ucierpiała. Globalny rynek został zdominowany przez ogromne koncerny, które wytwarzają wina masowo, skutecznie zalewając nimi każdy zakątek globu – od ogromnych Stanów Zjednoczonych, przez wszystkie kraje Europy, aż po odległe, zielone rejony Nowej Zelandii. Prosecco napić się można na całym świecie, nierzadko wypiera ono w kartach win musiaki produkowane lokalnie. Włosi okazali się mistrzami ekspansji: prosecco znajdziemy dzisiaj dosłownie wszędzie.
Problem w tym, że duża część tych rozpowszechnionych etykiet to wina proste, o wyraźnie wybijającej się słodyczy przy jednocześnie skromnym bukiecie i charakterystycznej goryczce. Ceny bywają atrakcyjne – wrażenia już mniej. I właśnie ten obraz stał się dla wielu synonimem „typowego” prosecco. W opinii publicznej do jednego worka wrzucono zarówno produkty tworzone w fabrycznych ilościach, jak i wina powstające w małych, rodzinnych gospodarstwach, gdzie każdy etap produkcji jest dopieszczony w najmniejszym szczególe. Rzemieślnicze prosecco wciąż jednak istnieje i ma się znakomicie. To inny świat niż masowa produkcja: bardziej autentyczny i, co najważniejsze, oparty na jakości zupełnie innej niż te słodko-gorzkie massmarketowe wina.
To właśnie tutaj, na przepięknych zboczach Conegliano-Valdobbiadene oraz Asolo zaczyna się prawdziwa historia prosecco. Region ten, obdarzony żyznymi glebami i mikroklimatem idealnym dla odmiany glera, od wieków związany jest z produkcją lokalnych win musujących – choć ich dawny kształt różnił się od dzisiejszych interpretacji.
W samym sercu wzgórz leży Conegliano, niewielkie, niezwykle urokliwe miasteczko. To tam, w 1876 roku, Antonio Carpenè powołał do życia pierwszą we Włoszech szkołę enologiczną – instytucję, która istnieje do dziś i kształci kolejne pokolenia znakomitych fachowców sztuki enologicznej.
Jednak piękne widoki to tylko część opowieści. Miejsce to jest kluczowe dla uprawy glery. Od północy chroni je pasmo Prealpi (pol. Prealpy), zatrzymujące chłodne alpejskie masy powietrza. Z południa zaś dociera łagodna bryza znad Adriatyku, oddalonego zaledwie o 40 km. Do tego dochodzą zróżnicowane gleby, strome zbocza, wysokości sięgające 500 m n.p.m. i wyraźne amplitudy temperatur między dniem a nocą. Wszystkie te elementy tworzą terroir, które owocuje winami o jakości nieporównywalnej z komercyjnym prosecco znanym z supermarketów.
Choć produkcja prosecco rozciąga się na rozległym obszarze, to właśnie wzgórza Conegliano i Valdobbiadene uchodzą za jego prawdziwą ojczyznę. I to właśnie o tej ojczyźnie chcę ci – wraz z moim gościem, winiarzem Stefano Polą – opowiedzieć.
Dwie apelacje „jednego wina”
W niektórych kręgach prosecco stało się w ostatnich latach synonimem kiczu. W rezultacie jest jednocześnie winem o największym komercyjnym sukcesie w sektorze musiaków, jak i trunkiem wyśmiewanym przez bardziej świadomych konsumentów, którzy uważają je za oczywiste, banalne i pozbawione dobrego smaku. To fakt powszechnie znany w środowisku winiarskim – prosecco nie cieszy się najlepszą sławą, choć, niewątpliwie, jest kurą znoszącą złote jaja. Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nigdy nie kupił butelki DOC-a z okolic Wenecji.

To właśnie potrzeba odseparowania się od wizerunku popularnego, masowego prosecco była jednym z kluczowych powodów, dla których w 2009 roku dokonano gruntownej rewizji obszaru produkcji. To wtedy około 8 tys. ha najbardziej stromych, wymagających w uprawie i prestiżowych parceli wokół Conegliano i Valdobbiadene wyniesiono do rangi DOCG – najbardziej rygorystycznej i prestiżowej klasyfikacji we Włoszech. Jednocześnie całą resztę nazwano Prosecco DOC, tym samym podkreślając, które z nich jest winem lepszej jakości. Stanowczy rozdział na DOC i DOCG niewątpliwie był potrzebny, ale… no właśnie, czy jest on czytelny dla końcowego – najważniejszego – odbiorcy? Owszem, na butelkach znajdują się różne banderole, ale czy przeciętnemu miłośnikowi wina cokolwiek to mówi? Przecież w obu apelacjach występuje ta sama nazwa: PROSECCO. To samo słowo, od którego tak bardzo chciano się odseparować. Czy przyzwyczajonemu do niskiej ceny prosecco konsumentowi łatwo jest zrozumieć, dlaczego to drugie prosecco, z dłuższą nazwą, jest nawet trzy razy droższe od tego, które dobrze zna?
Protagoniści zmiany

Regulacje z 2009 roku zdecydowały, że odtąd wina produkowane w tym malowniczym obszarze wpisanym na listę światowego dziedzictwa UNESCO mogą być oznaczane jedynie jako Conegliano Valdobbiadene DOCG lub Valdobbiadene DOCG, bez obowiązku użycia słowa „prosecco”, co pozwoliło producentom odciąć się od masowego wizerunku i podkreślić wyjątkowy charakter tego terroir. To właśnie dzięki tej zmianie winiarze z Valdobbiadene zyskali możliwość nadania swoim winom nazwy, która nie budzi automatycznych skojarzeń z masowym DOC. A to z kolei otworzyło im drogę do uczciwego komunikowania jakości – takiej, która naturalnie znajduje odzwierciedlenie w cenie. W świecie, gdzie przeciętne prosecco DOC kosztuje około 40 zł, trudno byłoby wyjaśnić, dlaczego butelka z tych stromych wzgórz, wymagająca wielokrotnie więcej pracy i precyzji, ma kosztować 90 zł lub więcej. Usunięcie jednego słowa pozwoliło więc odzyskać coś znacznie cenniejszego: właściwe ramy – kontekst, w którym to wino może być postrzegane i oceniane.
Ale jak wiele determinacji potrzeba, by zrezygnować z najbardziej rozpoznawalnego określenia dla wina musującego i świadomie odsunąć się od wszystkich skojarzeń, które to słowo niesie? Wszak to nie tylko negatywne skojarzenia związane z jakością, ale i pozytywne – przylepiając taką metkę, oferujemy produkt znany i sprawdzony, który po prostu łatwo się sprzedaje. Czy to akt odwagi, czy może raczej przemyślana decyzja, wynikająca z chęci podkreślenia własnej tożsamości i odróżnienia się od masowej produkcji?
Zapytajmy u źródła

Nazzareno i Stefano Pola to właściciele winnicy Andreola położonej pośród wzgórz Col San Martino. Od ponad 40 lat rodzina Pola – najpierw Nazzareno, a później także jego syn, Stefano – uprawia winorośl na stromych zboczach, gdzie niemal każda czynność wykonywana jest ręcznie. Ich specjalnością są wina rive (z pojedynczych parceli).
Ci dwaj panowie w roku 2018 ze swoich butelek odważnie i jako jedni z nielicznych usunęli słowo „prosecco”. Stali się tym samym protagonistami ruchu, do którego dołączyło także kilku innych producentów z regionu. W tym miejscu nie wypada nie wspomnieć pierwszych winiarzy, którzy zdecydowali się na ten krok: właściciele winnicy Col Vetoraz już w 2017 roku zrezygnowali z „prosecco” na etykietach, podkreślając wyjątkowość swoich win.
Zapytałam Stefano Polę, właściciela winnicy, o to, jak decyzja o rezygnacji z użycia słowa „prosecco” w roku 2018 wpłynęła na historię, którą swoimi winami opowiada Andreola.
Każdy kieliszek Valdobbiadene DOCG z winnicy Andreola to ręczna robota – rzemiosło, w które wpisany jest głęboki szacunek dla terroir i tradycji tej ziemi. Stefano, czy mógłbyś opowiedzieć, co i jak zmieniła decyzja o usunięciu z waszych etykiet słowa „prosecco”?

Zauważyliśmy, że na niektórych rynkach słowo „prosecco” kojarzone jest z tanimi, podstawowymi winami oferowanymi w supermarketach, często pozbawionymi osobowości, charakteru czy odniesienia do stylu i tradycji konkretnego producenta. A my mamy bardzo klarowne pochodzenie – wywodzimy się z Valdobbiadene, terytorium, które ma tak wiele do zaoferowania: bogactwo gleb, ludzkie historie, tradycje i wartości. Po prostu chcemy mieć swobodę opowiadania naszej historii bez uprzedzeń. Kładziemy największy nacisk na wina klasyfikacji rive i myślę, że już samo to mówi jasno, iż chcemy eksponować walory naszej ziemi i bogatą różnorodność jej wyrazu.
Wyobraźmy sobie waszą winnicę stojącą wobec globalnego rynku zalanego masowo produkowanym prosecco. Jaką rolę odgrywa Andreola w tym świecie i czy czujecie, że w każdym kieliszku jest dowód tego, iż strzeżecie autentyczności swojego regionu?
Szczerze mówiąc, nie chcemy stawać „przeciwko” komukolwiek. Każdy producent ma prawo do własnych wyborów. Jednak dla rodziny Pola, począwszy od mojego ojca Nazzareno, zawsze było oczywiste, że nasz region ma swoją historię do opowiedzenia. Jedna z naszych pierwszych winnic znajduje się w Col San Martino, charakteryzującej się tak stromymi zboczami, że niektórzy o ich uprawie mawiali „winiarstwo heroiczne”. Bawiłem się w tej winnicy jako dziecko, pomagałem przy zbiorach i możliwość produkcji jednego z naszych win rive właśnie w tym miejscu jest dla mnie osobistą satysfakcją – uhonorowaniem mojej własnej historii i dziedzictwa.
Ponieważ wasze wina noszą teraz wyłącznie oznaczenie „Valdobbiadene DOCG”, wiele osób odkrywa je po raz pierwszy. Jak klienci reagują, gdy doświadczają rzemieślniczych, lokalnych win zamiast dobrze znanych masowych? Czy nadal identyfikują je jako prosecco, czy też postrzegają jako coś zupełnie innego i nazywają Valdobbiadene?
Jeśli osoba pijąca nasze wino dostrzeże jakość i pracę kryjącą się za etykietą, czujemy, że osiągnęliśmy nasz cel. Niezależnie od skojarzeń, jakie ludzie mają degustując wina z naszej winnicy, chcemy po prostu, aby się nimi cieszyli, łączyli je ze świetnym jedzeniem w towarzystwie przyjaciół i rodziny – tak jak robimy to w Valdobbiadene!
🙗
Słowo, które kiedyś przyciągało uwagę, zaczęło ją odbierać. Odsunięcie go na bok nie jest więc gestem sprzeciwu, lecz odwagi – tej cichej, rzemieślniczej odwagi, która pozwala mówić prawdę o miejscu, o ludziach i o pracy ich rąk. Winiarze z Valdobbiadene pokazali, że czasem trzeba odrzucić to, co najgłośniejsze, by usłyszeć to, co najważniejsze. I że tożsamość nie rodzi się z etykiety, lecz z ziemi, z której wyrastają winorośle. Być może właśnie dlatego ich opowieść – opowieść o terroir, tradycji i człowieku – brzmi dziś wyraźniej niż kiedykolwiek.
A teraz ty, drogi czytelniku, stań się częścią tej historii. Wyobraź sobie, że jesteś jednym z producentów z Valdobbiadene. Dobrze wiesz, skąd pochodzi twoje wino, co je wyróżnia i dlaczego jest wyjątkowe. Na międzynarodowych targach spotykasz importera z Japonii, który nigdy go nie próbował. Masz trzydzieści sekund, aby mu opisać jego wyjątkowość – ale uwaga, nie możesz użyć słowa „prosecco”. To twoja próba opowiedzenia historii, krótkiej opowieści o autentyczności, tożsamości i odwadze powrotu do korzeni.
