
Uważność w kieliszku: święta, które smakują inaczej
Udostępnij artykuł
Wino nie jest samotnikiem, wino potrzebuje ludzi i rozmowy. Koniec roku jest świetnym momentem, by podkreślić, że wino to przede wszystkim rytuał, znak gościnności i symbol celebracji. Ma bogatą historię społeczną i kulturową, która odgrywa ważną rolę w trakcie wielu świąt i okazji.
We Francji, Włoszech czy Hiszpanii – krajach powszechnie i słusznie kojarzonych z wysoko rozwiniętą kulturą winiarską to naturalny, nieodłączny wręcz element codziennego życia, ale i świętowania. Jednak jego społeczna rola w kulturze europejskiej jest dużo szersza. W chrześcijaństwie to eucharystyczny symbol krwi Chrystusa, a w starożytnej Grecji integralna część sympozjonów, czyli spotkań przy winie z filozofią i poezją. Żaden inny napój tak dobrze nie łączy sacrum i profanum.
Wino potrzebuje towarzystwa – właśnie wtedy rozkwita. Również przy świątecznym stole. To właśnie tam najpełniej ujawnia się jego społeczna rola – nie jako głównego aktora, ale partnera rozmowy, tła. Odnoszę jednak wrażenie, że cały czas w polskim domu wino na Wigilii ma status niespodziewanego gościa, którego nie do końca wiadomo, gdzie posadzić. Jakbyśmy się bali, że przy winie zatracimy duchowy, podniosły charakter tego święta. A przecież nic bardziej mylnego. Jestem zdania, że makowiec podany z kieliszkiem słodkiego tokaju czy smażony karp w towarzystwie polskiego solarisa, nie zagraża wielowiekowej tradycji przodków. Również kompot z suszu nie ma prawa czuć się zagrożony. Kieliszek finezyjnego pinot noir i dobrze doprawiony barszcz czerwony to para, która chce wspólnie celebrować chwilę – bez pośpiechu, bez hałasu, z wrażliwością na smak. I my przy wigilijnym stole możemy, a nawet powinniśmy dążyć do tego samego. Znaleźć czas dla najbliższych, z uwagą wsłuchać się w ich opowieść. Dobre wino nie zagłusza rozmowy. Ono ją otwiera, budzi wspomnienia, prowokuje pytania, a czasem i ratuje wieczór, kiedy atmosfera przy stole zaczyna niebezpiecznie się zagęszczać. Nie musimy być ekspertami w food pairingu i wiedzieć, co pasuje do śledzia, a co do pierogów z kapustą i grzybami. Czasem wystarczy, że chcemy być razem. Wino to tylko dodatek do tej bliskości.
Wino w święta jest symbolem szerszej zmiany, która zachodzi na naszych stołach. Zamiast przejadania się i „picia na drugą nóżkę”, coraz częściej chcemy jeść i pić dobrze, chcemy czegoś więcej. Nie chodzi już tylko o pełny brzuch i ciężką głowę – ale o doświadczenie, smak oraz atmosferę. Pedantycznie dobieramy składniki, czytamy etykiety, szukamy autentyczności.
Zmienia się także nasz kulinarny język. Obok pytania „czy dobre?”, pojawiają się dodatkowe: „z czego?” i „od kogo?”. Lubimy wiedzieć, czy karp pochodzi z ekologicznej hodowli i czy pierogi lepione były ręcznie. Wino idealnie wpisuje się w tę nową dyskusję. Bo jego butelka to przecież region, klimat, winogrona, ludzie i czas, który trzeba dać naturze. Wino uczy nas zatem i cierpliwości. Nie wypija się go jednym haustem. Trzeba je otworzyć, dać mu odetchnąć, powąchać, spróbować. A przecież, czy nie chwili zatrzymania właśnie nam potrzeba w czasie świąt? Wino nie zrobi tego za nas – ale potrafi nas do tego zachęcić.
I już na koniec: kultura picia wina to także kultura umiaru. Święta nie muszą kończyć się z ciężką głową. Czasem idealny jest jeden kieliszek – ale taki, który zostanie w pamięci na dłużej. 
