
Historie prywatne
Udostępnij artykuł
Poprosiłem AI o interpretację piosenki Wojciecha Młynarskiego Obiad rodzinny. „Opisuje [ona] atmosferę spotkania rodzinnego przy stole, pełnego ciepła, radości i wspólnoty” – napisała Sztuczna. Zważywszy na to, że ów pełen operetkowych postaci utwór kończy się śmiercią całej familii, należy pogratulować algorytmom bezprzykładnego optymizmu. Ale może mają rację? Może istotnie wszystko, co wiąże się z rodziną i jedzeniem, zawsze jest „pełne ciepła, radości i wspólnoty”, nawet gdyby na milę trąciło groteską?
Jakkolwiek jest, Obiad to niezły cyrk, a nawet – by użyć cudownego eufemizmu Marcina Kołodziejczyka – „dom variété”. Melodii menueta z Kwartetu smyczkowego nr 13 Boccheriniego towarzyszą scenki rodem ze slapstickowej komedii:
Obserwować można choćby z przyjemnością
Jak się wujek Leon zawsze dławi ością
Czyni to z godnością, rzeczy znajomością
Wuj z natury powściągliwy jest.
Albo:
A dziadunio tak zabawnie gryźć umie wąs,
prawy wąs, prawy wąs
Bo przeszkadza mu w konsumpcji, prawy wąs
Kuzynki mają przez to oczopląs
Nie chcąc sosów tknąć ni miąs,
Bo jak się na dziadzia zapatrzą to…
przepraszam (Jacek Wójcicki we własnej interpretacji w tym miejscu nie przeprasza, tylko udaje, że ciągnie go na wymioty, co niewątpliwie przydaje całości autentyzmu).
Kawałek kończy się radykalnie:
[…] raz dano zraz czy bitki zdobne w nitki
A do zrazu zrazu chrzan, a potem grzybki
No i przez te grzybki, chłód rodzinnej kryptki,
Nazbyt szybki dał obiadkom kres.
Młynarski pochodził z dobrego warszawskiego domu, był – po wyborczemu mówiąc – typowym bążurem, kawałek jest więc odbiciem jego własnych wspomnień, z tym tylko, że to odbicie w krzywym zwierciadle. Pełno tu również językowych atrybutów jego klasy społecznej: „wytwornych żartów od niechcenia” (by zacytować Truskawki w Milanówku) oraz słów wyszukanych, archaicznych czy francuskich makaronizmów, w tym również z sekcji kulinarnej. Analizuje je w najnowszym „Akcencie” Aneta Wysocka: „Efekt komiczny współtworzy w tym tekście […] osobliwość fleksyjna (archaiczne «miąs» zamiast współczesnego «mięs») i – co najważniejsze – leksyka nacechowana stylistycznie. Uwagę słuchaczy przykuwają wyrazy i wyrażenia obce, czasem również przestarzałe: hors d’oeuvre’y – [spolszczone francuskie] «przystawki» [w które dziadziowi wpadł order – aut.]. Szczególnie ciekawy jest tu propeller [ma go kuzyn – aut.], w słowniku [Doroszewskiego] objaśniony jako wyraz pochodzenia angielskiego, który znaczy «wiatraczek, śmigło samolotu, śruba okrętu»; być może w kontekście piosenki odsyła on do eleganckiej części garderoby, jaką jest muszka, kształtem nieco przypominająca te przedmioty. Niewykluczone też, że mamy tu do czynienia z aluzją do języka francuskiego, w którym występuje podobnie brzmiący związek frazeologiczny propre l’air, czyli «wytworny, elegancki», co znakomicie pasuje do piosenkowej fabuły”. Od siebie dodam, że kuzyn mógł też nosić modną czapkę ze śmigiełkiem, wymyśloną przez amerykańskiego komiksiarza Raya Nelsona. W końcu wszystko tu jest modne, nawet Boccherini, który w chwili powstawania utworu (1970) właśnie został na nowo odkryty przez francuskiego (jakżeby inaczej) muzykologa Yvesa Gérarda.
Pozostańmy jeszcze przez chwilę w kręgu dobrego wychowania i (tym razem lekkiej) groteski. Moja śp. mama Wanda zawsze wpajała mi, że powinienem być grzeczny i uprzejmy dla bliźnich, zwłaszcza starszych ode mnie, a już absolutnie obowiązkowo, kiedy dają mi jeść: wówczas zawsze – jakby to powiedział mistrz Młynarski – muszę „zmierzać do nich z odpowiednim duserem”, choćby nawet karmili niesmacznie albo skrajnie ubogo – a o to drugie w latach 80. było w moim małomiasteczkowo-wiejskim środowisku nietrudno. Pewnego wakacyjnego dnia zostałem wysłany na weekendowy pobyt do mojej ciotki Hanki, która mieszkała w Dukli. Przyjechałem późnym popołudniem, więc ciotunia od razu zabrała się do przyrządzania kolacji. Na wielkiej patelni roztopiła słuszną łychę smalcu i zaczęła siekać dwie czy trzy gigantyczne cebule. Cebula była w moim biednym rodzinnym domu podstawą wyżywienia – często jedliśmy ją właśnie duszoną na margarynie lub smalcu, myślałem zatem, że i tutaj tak będzie. – O, duszona cebula! – wykrzyknąłem z udawanym zachwytem. – Bardzo ją lubię! Ciotka spojrzała na mnie wzrokiem zdolnym powalić wołu i odparła: – No może coś do tej cebuli jeszcze będzie – zrobiła to głosem Brudnego Harry’ego, z całym sarkazmem, na jaki było ją stać, nie mieściło jej się bowiem w głowie, że ktoś mógł ją posądzić o próbę napasienia siostrzeńca cebulą. Po czym (jako że była główną księgową w miejscowym GS-ie, więc miała chody i wtyki) wydobyła biało-niebieskie pudełko z napisem Igloopol Dębica, a z niego – świeżo rozmrożoną wątróbkę. Była to najlepsza wątróbka, jaką w życiu jadłem – aromatyczna, rozpływająca się w ustach, o cudownej jedwabistej konsystencji. I nie zdziwiłbym się wcale, gdyby była nie z kurczaka, a z gęsi albo nawet gdyby to było foie gras, które wówczas jeszcze w Polsce produkowano. Szefem dębickiego Igloopolu był wtedy słynny peerelowski top menadżer dr inż. Kazimierz Kotwica, który też miał chody i wtyki, tylko znacznie większego kalibru i również na Zachodzie, całkiem więc prawdopodobne, że zakład takie ekskluzywne mrożonki produkował.
Ciotka Hanka jest nie tylko świetną kucharką, ale też mistrzynią wypieków. Pewnego razu z okazji imienin postanowiła upiec ekstra ciasto dla swoich współpracowników. Jako osoba wiecznie zajęta, przystąpiła do tego dopiero późno w nocy. No i klops: okazało się, że nie ma w domu mąki ziemniaczanej, która do stworzenia cukierniczego opus magnum była nieodzowna. Co robić? Sklepy zamknięte, sąsiedzi śpią. Ciotka przekopała wszystkie kuchenne szafki, tropiąc w nich budynie, kisiele i wszystko, co tylko skrobię ziemniaczaną zawierało i dodała do ciasta, bez większych nadziei na sukces. Wyszło arcydzieło! Koleżanki nie mogły się nachwalić smaku i aromatu wypieku, powstał jednak problem: koniecznie chciały przepis. Ciotka opowiedziała całą historię i zeznała, że przepisu dać nie może, gdyż ten nie istnieje – nie ma bladego pojęcia, co i w jakich proporcjach tam wsypała. Opowieść była tak absurdalna, że koleżanki nie uwierzyły i chyba tylko kolejne porcje arcydzieła sprawiły, że nie obraziły się na amen.
Justyna Bednarek, autorka bestsellerów dla dzieci, w tym kultowej już serii o przygodach skarpetek i najnowszej Zemsty karalucha opowiada piękne historie nie tylko zawodowo, lecz również prywatnie. Jej pradziadek Żelisław Bielinowicz zawsze chciał być lekarzem, ale w ramach represji za niepodległościową działalność władze carskie skutecznie mu to uniemożliwiły. Dowiedział się, że z takim życiorysem może zostać co najwyżej weterynarzem – co też uczynił. Zatrudnił się jako medyczny opiekun koni w armii i podczas wojny rosyjsko-japońskiej znalazł się na Zakaukaziu. Stamtąd przysłał do swojej żony Bronisławy dramatyczny list: zapadł na strasznie ciężką chorobę i pewnie niedługo umrze, więc Brońcia musi natychmiast do niego przyjechać, żeby zobaczyć go po raz ostatni. Ta, niewiele myśląc, spakowała do powozu troje dziecięcego drobiazgu, garnki oraz pierzyny. Sama do pojazdu (którym kierował ktoś inny) już się nie zmieściła, pojechała więc konno wierzchem – na oklep, bo siodła w domu nie było. Z Rudawki koło Nieświeża na Zakaukazie wszyscy dotarli szczęśliwie, z tym tylko, że podczas jazdy dzielna amazonka okropnie posiniaczyła sobie uda. Na cokolwiek chorował Żelisław, na pewno nie była to impotencja, jego żona wróciła bowiem do domu w stanie nie wdowieństwa, a w błogosławionym. Przywiozła też przepis na pilaw. Aby go przyrządzić, bierzemy ryż, cebulę i resztki baraniej/jagnięcej pieczeni oraz bulion, najlepiej jagnięcy. Ryż płuczemy, mięso dzielimy na małe kawałki, cebulę kroimy w kostkę. Układamy składniki w garnku warstwami, zalewamy bulionem i gotujemy pod przykryciem na małym ogniu, aż ryż będzie miękki. Największym sekretem smaku jest tu surowa cebula, w której soku potrawa się dusi.
Fałszywe wspomnienia to ciekawy psychologiczny fenomen. Jedną z przyczyn, dla których je mamy jest podświadome mylenie historii z własnego życia ze skryptami poznawczymi, czyli schematami/scenariuszami/sekwencjami zdarzeń i działań charakterystycznych dla określonych sytuacji, jak np. wyjście do kina. Tak zapewne było w przypadku królika na mleku – przepysznej zupy gotowanej od zawsze przez moją wujenkę Zofię. Przepis na tę potrawę – byłem o tym absolutnie przekonany – jej tato Wojciech przywiózł z frontu I wojny światowej. Niedawno postanowiłem dowiedzieć się, jak to dokładnie było, ale na moje pytanie wujenka zrobiła wielkie oczy i zapewniła mnie, że nigdy, przenigdy takiej, ani nawet podobnej historii mi nie opowiadała i że to przepis, który od niepamiętnych czasów funkcjonował w rodzinnym domu wuja Władka, a został jej przekazany nie przez ojca, lecz przez jej teściową, a moją babkę – też Zofię. W jaki sposób ta kontaminacja w mojej głowie nastąpiła, nietrudno się domyślić: wychowałem się pod Gorlicami, gdzie 2 maja 1915 roku odbyła się jedna z największych bitew I wojny, w domu mojego pradziadka Kazimierza stacjonowali rosyjscy oficerowie, a ja od dziecka byłem faszerowany opowieściami o walkach, okopach (zwanych tu „dekunkami”) i umierających wojakach, którzy – zanim wydali ostatnie tchnienie – przekazywali zaufanemu towarzyszowi broni jakiś niezwykłej wagi dokument. Kiedy tuż przed trzydziestką zacząłem na serio interesować się kuchnią, pojawiły się kolejne elementy układanki – wyczytałem, że w dawnej kuchni austrowęgierskiej rzeczywiście istniały mięsne rosoły zabielane mlekiem czy śmietanką bądź nawet na mleku gotowane, jak choćby karyncka zupa z szynki, na którą przepis podaje w którejś ze swoich kulinarnych książek Josef Imbach. Wszystko zaczęło się nagle zgadzać i gdyby nie rozmowa z wujenką, zgadzałoby się do dziś.
Dziwne? Dziwne, ale nie tak bardzo jak jeszcze jedna historia z ciotką Hanką. Wiele lat temu robiłem wywiad do miesięcznika „Kuchnia” z Grzegorzem Kwapniewskim, warszawskim ekonomistą, który nagle postanowił zostać topowym rzeźnikiem i dostawcą ekskluzywnego mięsa. Spotykamy się w jakiejś kawiarni w centrum, widzę kolesia pierwszy raz w życiu. Gadu-gadu o tym, o owym, wreszcie Grzegorz mówi, że współpracuje z rodziną Maziejuków z Podkarpacia. – Wiem. Kojarzę ich – odpowiadam. – Mają siedzibę w Dukli – dopowiada Grzegorz. – W budynkach po byłym GS-ie, takich nad samą rzeką. – Wiem – mówię. – Moja ciotka tam kiedyś mieszkała. Na co Kwapniewski: – Wiem. Na pięterku.
Jedzenie nas łączy, czasami nawet w sposób, o który nigdy byśmy go nie podejrzewali.

