
Wino jako atrakcja turystyczna
Udostępnij artykuł
W 2024 po raz pierwszy odnotowano u nas spadek sprzedaży wina w ujęciu rok do roku. Tym samym Polska wpisała się w ogólny trend panujący na naszym kontynencie. Warto przy tym pamiętać, że skumulowany rynek europejski pozostaje największym na świecie. Stany Zjednoczone czy Chiny wciąż znajdują się daleko w tyle. Ta sytuacja sprawia, że producenci wina stają się coraz bardziej nerwowi, co niekiedy manifestuje się w sposób bardzo mnie rozczarowujący.
Zanim jednak przejdę do wina, kilka słów o piwie, a konkretnie o piwie waginalnym. Ten nietypowy napój różni się od zwykłego tym, że do jego produkcji wykorzystano drożdże uzyskane poprzez namnożenie wymazu z pochwy dwóch modelek, Pauliny i Moniki. Czy to, delikatnie mówiąc, niekonwencjonalne źródło drożdży miało jakikolwiek wpływ na smak piwa? „Kobiece” drożdże są wszechobecne w powietrzu i właściwie każda spontaniczna fermentacja w jakimś stopniu zachodzi z ich udziałem. W tym miejscu opowieść mogłaby się zakończyć, niemniej jednak muszę przypomnieć, że piwo waginalne, gdy pojawiło się na rynku w 2018 roku, kosztowało 25 zł za półlitrową butelkę, czyli czterokrotnie więcej niż dobra IPA lub APA z renomowanego browaru, które wówczas wyceniano na około 6 zł.
Jak można było przewidzieć, nie odniosło ono sukcesu rynkowego, i to w czasach, gdy moda na piwa odjechane kwitła w najlepsze. Warto dodać, że owo odjechanie definiowano wtedy między innymi jako dodatek wywaru ze śledzia (vide słynne Ucho od Śledzia z browaru Piwoteka). Jednak piwo waginalne dla większości stanowiło już przesadę. I prawdopodobnie nie chodziło o samą niechęć, lecz o fakt, że jego smak był co najwyżej przeciętny.
Przywołałem na pamięć ten wątpliwy rynkowy sukces, gdy zaczęły do mnie docierać pomysły niektórych producentów wina. Rozumiem desperację w trudnej sytuacji rynkowej, jednak zastanawia mnie, dlaczego, zamiast skupić się na produkcji dobrych win, najlepiej tych przyjaznych naturze i porzuceniu kalkulacji czysto ekonomicznych (słynne „wina z Excela”), niektórzy producenci poszukują rozwiązań, które na siłę mają wzbudzić sensację. Przykładem takich działań jest choćby masowe promowanie Wina Zmarłych (Vinho dos Mortos) przez winiarzy z portugalskiego regionu Trás-os-Montes. Mowa o winach powstających w tym regionie od ponad dwustu lat, których historia jest związana z Napoleonem. W tamtym okresie miejscowi winiarze, pragnąc uchronić swoje zapasy przed szabrownikami z nadciągającej armii, zaczęli zakopywać butelki z winem w znanych tylko sobie miejscach. Po odejściu okupantów zostały odkopane, a ich zawartość podobno charakteryzowała się niezwykłą jakością. Jestem skłonny w to uwierzyć, być może rocznik 1807 był wyjątkowo udany. Nie przekonuje mnie natomiast teza o różnicach w dojrzewaniu wina „w glebie” w porównaniu z dobrze przygotowaną piwnicą. Rozumiem jednak, że nazwa Wino Zmarłych może być na tyle szokująca, że trafi do pewnej grupy konsumentów, zwłaszcza gdy będzie jej towarzyszył intensywny i kosztowny marketing.
Od 2008 – roku dwusetnej rocznicy pierwszej „ekshumacji” tych win – używa się takiego właśnie słowa na ich wydobywanie, a z kolei zakopywanie nosi miano „pochówku”. W ten sposób na dojrzewanie pozostawiono wówczas 6500 butelek. W ubiegłym roku liczba ta była już siedmiokrotnie większa, tym samym czyniąc Umarlaków winami o największej dynamice produkcji.
Inni producenci, tym razem z okolic Douro, proponują Wino Topielców – jak można się domyślić, umieszczają oni butelki, aby dojrzewały, na dnie rzeki. Z kolei winiarze z półwyspu Setubal w 2016 roku zatopili 700 butelek u wejścia do portu w miasteczku Sines. Oczywiście towarzyszy temu legenda o błędzie podczas załadunku i transportu, w wyniku którego wino wpadło do wody, by po latach zostać wyłowionym. Smak trunku ponownie opisywano jako niezrównany.
Podobny proces dojrzewania ma miejsce w Chorwacji. Działa tam Podwodna Winiarnia Pelješac. Wino, umieszczane w tradycyjnych amforach, leżakuje 20 metrów pod wodą przez imponujące 700 dni! Odwiedzający mają możliwość zanurkować z akwalungiem, aby na własne oczy zobaczyć ten proces, a także zwiedzić pobliski wrak statku i zakończyć tę niezwykłą atrakcję degustacją na lądzie. Co ciekawe, winiarz więcej zarabia na grupach nurkowych niż na samym winie.
Nikomu nie zamierzam zarabiania zabraniać; niech każdy robi to według własnego uznania. Muszę jednak zadać pytanie: czy to jeszcze robienie wina, czy już ucieczka w inny segment gospodarki – w tworzenie atrakcji turystycznych? Turystyka, zwłaszcza ta masowa, w przeciwieństwie do winiarstwa, rozwija się znakomicie. Może to jest droga, bo inaczej już niebawem media poinformują o winach waginalnych. Część rynku lubi być szokowana.
