
„Trybuszon” na targach Wine Paris 2026. Garść obserwacji i refleksji
Udostępnij artykuł
To nasz debiut na tak dużej imprezie winiarskiej – w tej chwili największej w europejskim kalendarzu. Nie byliśmy co prawda wystawcą (tych było tu łącznie ponad 6000 – Polskę wśród nich dumnie reprezentowała Winnica Adoria), natomiast nasza obecność stała pod znakiem licznych spotkań z winiarzami z całego świata. Rozglądaliśmy się, dawaliśmy o sobie znać, nawiązywaliśmy kontakty, odwiedzaliśmy, rozmawialiśmy, namawialiśmy, zbieraliśmy wrażenia… No i degustowaliśmy – bo przy wszystkich biznesowych uwarunkowaniach po prostu nie było innej opcji.
Wszystko zaczęło się już w niedzielne popołudnie 8 lutego, w salach paryskiego Musée des Arts Décoratifs, gdzie miała miejsce wielka degustacja bordoskich klasyków Grand Cru 1855 oraz słodkich (tudzież wytrawnych) win z legendarnych apelacji Sauternes i Barsac. I cóż – o ile recenzując wina degustowane w naszych redakcyjnych panelach, często wspominamy, że taka czy inna etykieta zasłużenie „ocierała się o wielkość”, o tyle tu mieliśmy do czynienia z winami prawdziwie wielkimi. Nie było co prawda win z „pierwszej piątki” (elitarne pierwsze cru), ale pozostali producenci reprezentowani byli godnie i licznie.
Klasę win, niezwykle solidnych, wyrazistych, o wspaniałej ekspresji i nasyceniu owocem, potwierdzał też fakt, że – paradoksalnie – spora część była w momencie prezentacji jeszcze niegotowa do picia! Nie jest to zarzut pod adresem win, wykazujących tym samym świetny potencjał dojrzewania, a raczej do producentów, którzy miejscami nazbyt pospieszyli się z otwarciem swych „rodowych sreber”, wybitnych, a jednak wciąż nieoszlifowanych i nie do końca jeszcze poukładanych – choć dających wyobrażenie, na co będzie je stać za 10 i więcej lat. Na bazie zarówno próbowanych win, jak i opinii winiarzy, najbezpieczniejszą opcją wydaje się rocznik 2016, zgodnie oceniany przez nich jako niezwykle udany i budzący największe nadzieje, mający szanse na równie legendarny status co choćby rocznik 2009. Pożyjemy, zobaczymy – i oczywiście obyśmy mieli okazję doświadczyć tego w praktyce…
Następnego dnia znaleźliśmy się już w targowym wirze – i trochę na zasadzie „przedszkolaków w sklepie z cukierkami”. Sześć tysięcy wystawców to liczba, która mówi sama za siebie. Paryska impreza coraz lepiej radzi sobie na rynku, stanowiąc coraz mocniejszą konkurencję dla niemieckiego ProWein, który – zdaniem ekspertów – jakoś nie bardzo potrafi „dojść do siebie” po covidowym szoku. Ponieważ wkrótce wybieramy się również do Düsseldorfu, na pewno damy Wam znać jak, naszym zdaniem, przedstawia się ta „szlachetna rywalizacja”.
Spora część obecnych w Paryżu producentów zgrupowana była na zbiorczych stoiskach, pod sztandarami własnych krajów, regionów bądź grup producenckich (konsorcjów). Tylko nieliczni – ci najwięksi, ale również ci najmniejsi – prezentowali się pod swoją marką. Ci ostatni, jako producenci niezależni, mieli do dyspozycji osobą przestrzeń, wypełnioną dziesiątkami stolików, przy których niewzruszenie prezentowali to, co ich winnice – zwykle niewielkie, często biologiczne bądź biodynamiczne, nierzadko wręcz „garażowe” i głównie europejskie – miały do zaoferowania. A że miały, i to całkiem sporo, przeto trzymamy za nie kciuki, życząc powodzenia na ciernistej drodze ku sukcesowi. Francja, Słowenia, Gruzja, Argentyna, Czechy, Hiszpania, Rumunia – to tylko kilka spośród krajów, reprezentowanych przez grupkę odważnych.

Szkoda więc, że nie znalazł się wśród nich choćby jeden producent z naszego kraju, szczycącego się przecież tak dynamicznym wzrostem odbudowywanego winiarstwa. Trochę trudno przyjąć do wiadomości, że spośród kilkuset aktywnych w Polsce winiarzy, tylko jeden jedyny Mike Whitney z Winnicy Adoria uznał, że pojawienie się w Paryżu miało biznesowy sens (a według jego słów miało!). Co stanęło na przeszkodzie, że nie dało się zorganizować zbiorczego stoiska z udziałem choćby dziesięciu czy dwunastu producentów? Dobrych win przecież u nas nie brakuje, potwierdzają to regularnie liczne konkursy winiarskie czy również nasze panele degustacyjne. Umacnianie swej obecności na rynku wewnętrznym to oczywiście dobry pomysł – niemniej w dłuższej perspektywie może okazać się niewystarczający i, naszym zdaniem, warto już teraz zacząć się nad tym zastanawiać. I takie właśnie, nieco przekorne, refleksje wywołała w nas obfitość win i wystawców z licznych krajów, które swoje winiarskie tradycje mają ugruntowane znacznie mocniej niż Polska – niemniej na bazie własnych doświadczeń już teraz wiemy, że wielu spośród naszych producentów bez trudu i wstydu byłaby w stanie stanąć z nimi w szranki. Do czego mocno zachęcamy przy okazji kolejnych edycji tej wielkiej, z roku na rok coraz większej, imprezy.

Dwójka gigantów – czyli Francja i Włochy – miała do dyspozycji własne pawilony (gospodarze rozgościli się zresztą aż na trzech piętrach!). Hiszpania zajęła całe piętro jednego innego. Portugalia imponowała chyba najładniejszą i najbardziej przemyślaną koncepcją wizualną. Równie dopracowaną zbiorową ekspozycją – choć nieporównywalnie mniejszą – mogli poszczycić się Węgrzy. Spójnie i w pełni wiarygodnie prezentowała się Grecja, wieszcząca wszem i wobec odrodzenie swojego winiarstwa. Mocno zaznaczyli swą obecność przedstawiciele Stanów Zjednoczonych. Kalifornii było oczywiście najwięcej – ale dzielnie sekundowały jej Oregon (ze świetnymi pinotami) oraz Waszyngton. Dla ciekawych były też Nowy Jork ze słynnym regionem Finger Lakes, Północna Karolina czy Michigan, z winami prosto znad brzegów wielkiego jeziora. I, rzecz jasna, znakomitych win nigdzie nie brakowało.
Ribera del Duero podjęła wyzwanie walki z mitem „drogiego” regionu, prezentując pewnie około dwustu butelek, uszeregowanych od najtańszej (cena detaliczna 4 euro) do najdroższych (grubo ponad 60 euro). I jestem całkiem przekonany, że te do 10 euro były w stanie nawiązać równorzędną walkę ze swoimi droższymi „kolegami”.
Stoiska DOCG Valdobiaddene Conegliano czy DOCG Chianti Classico zapraszały do darmowych „bufetów”, gdzie można było zakosztować lokalnych win, już bez oglądania się na ceny. Mniejsi producenci z DOC Rioja ujmowali solidnością i autorskim sznytem swoich win. Na przynajmniej pobieżne przyjrzenie się ofercie samych tylko wystawców z Burgundii należałoby poświęcić całe trzy targowe dni. A gdzie Argentyna? Słowenia? Austria? I kilkadziesiąt innych krajów, które – choć czasy trudne – z dumą potwierdzają swą obecność na międzynarodowym rynku winiarskim.
My natomiast mamy wielką nadzieję, że Wine Paris 2026 będzie ostatnią tak dużą imprezą, bez wyraźniejszej obecności polskich winiarzy – jeden producent to stanowczo za mało, tym bardziej, że kilka stoisk dalej swoje wyroby prezentowała… Ukraina. A więc – it’s now or never!






