
Kurczaki wolą pięknych ludzi
Udostępnij artykuł
18 września tego roku na Uniwersytecie Bostońskim odbyła się 35. ceremonia wręczenia nagród Ig Nobla. Smakoszy zapewne ucieszyło wyróżnienie dla Daniele Dendi, Gabriela H. Segniagbeto, Rogera Meeka i Luki Luiselliego, którzy wykazali, że afrykańskie jaszczurki agamy czerwonogłowe zdecydowanie bardziej wolą pizzę quattro formaggi od quattro stagioni. Nie był to jedyny Ig Noblowy laur w dziejach związany z kulinariami.
Historia nagrody sięga roku 1991. Wymyślił ją amerykański matematyk Marc Abrahams, ówczesny redaktor naczelny „Journal of Irreproducible Results” (Almanachu Wyników Niepowtarzalnych), magazynu ściśle naukowego, o ile tylko naukę potraktujemy jako skrzyżowanie angielskiego Monty Pythona z naszym „Nowym Pomponem”. Trzy lata później Abrahams założył nowe pismo – „Annals of Improbable Research” (Roczniki Badań Nieprawdopodobnych) i ono właśnie od tamtej pory jest organizatorem Ig Nobli.
Idea zabawy to przyznawanie nagród za odkrycia „których nie można lub nie powinno się powtarzać” i/albo takich, które „najpierw wywołują śmiech, a potem skłaniają do myślenia”. Nazwa to oczywiście parodia prawdziwego Nobla, ale też gra słów – ignoble to po angielsku „nędzny”, „niecny” itp. Wyróżnienie można otrzymać w jednej z 10 kategorii – są zarówno „noblowskie” (np. literatura, fizyka, chemia), jak i nie „nienoblowskie” (w tym roku była np. awiacja). Oprócz zabawy Ig Noble to często narzędzie krytyki społecznej oraz promocja racjonalizmu i zdrowego rozsądku – np. w 2022 wyróżnienie w dziedzinie literatury zdobyli Eric Martínez, Francis Mollica i Edward Gibson z MIT i Uniwersytetu Edynburskiego za analizę czynników, które sprawiają, że dokumenty prawne są (niepotrzebnie) trudne do zrozumienia.
Nagród mających związek z szeroko rozumianymi kulinariami naliczyłem od 1991 roku 67. Najpowszechniej występują te, które dotyczą wykorzystania nauki w kuchni albo w przemyśle spożywczym. Ivette Bassa, amerykańska specjalistka ds. badań, rozwoju i jakości oraz konstruktorka kolorowych koloidów, w 1992 roku dostała jedną z nich „za rolę w ukoronowaniu osiągnięć chemii XX wieku: syntezie jasnoniebieskiej galaretki”. Siedem lat później doktora Lena Fishera z Uniwersytetu Bristolskiego uhonorowano w dziedzinie fizyki za obliczenie optymalnego sposobu maczania ciasteczek w ulubionym napoju, tak aby ów napój wzmocnił ich smak, a one same nie rozmiękły. W największym skrócie: należy zanurzać je pod niewielkim kątem – spód ma się zwilżyć, a góra pozostać sucha.
W 1993 roku wyróżnienie w kategorii inżynierii konsumenckiej przyznano Amerykaninowi Ronowi Popeilowi – „notorycznemu wynalazcy i nieustraszonemu telewizyjnemu sprzedawcy” – za „zdefiniowanie na nowo rewolucji przemysłowej dzięki takim urządzeniom, jak Veg-O-Matic […] i Inside-the-Shell Egg Scrambler”.
Drugie z nich to typowy sprzęt dla kulinarnych pozerów. Machina wprawia jajo w drgania o wysokiej częstotliwości, dzięki czemu żółtko i białko idealnie się z sobą mieszają już w skorupce. Reklamowano to właśnie w tym duchu: z perfekcyjnej mieszanki wyjdą ci takie omlety i francuskie tosty, że hej – lecz wszyscy wiedzieli, iż tak naprawdę chodzi o jaja na twardo – po obraniu ich ze skorupek okazywało się, że mają jednolity złoty kolor i zaproszeni goście mdleją z zachwytu.
Z pierwszego wymienionego w laudacji gadżetu możemy się dzisiaj śmiać, ale w latach 60. ta ręczna krajalnica do warzyw słusznie zrobiła furorę: była jednym z pierwszych urządzeń, którymi można było błyskawicznie pokroić warzywa w zapałkę, kostkę czy słupki, nie obawiając się przy tym o integralność kończyn, bowiem Warzywomat oparty był na niezawodnym i wielokrotnie sprawdzonym mechanizmie gilotyny: surowiec kładło się na sicie tnącym i dociskało od góry jeżdżącym w prowadnicach tłokiem.
Jurorzy Ig Nobla, wspominając o telewizji, docenili też absolutne mistrzostwo w promowaniu gadżetu. Reklamy (głównie w programach typu „twoje zakupy TV” operujące hasłem It slices! It dices! (po polsku byłoby to chyba: „Sieka, kostkuje, nic nie żartuje!”) szybko zaczęły żyć własnym życiem. Parodiowały je takie tuzy jak Dan Aykroyd czy Frank Zappa, a komik Gallagher oparł na nich jeden ze swoich głównych skeczy Sledge-O-Matic (Młotomat), w którym – udając telewizyjnego sprzedawcę – zachwalał tytułowe urządzenie w postaci wielkiego drewnianego młota, masakrując nim na scenie najrozmaitsze rzeczy – nie tylko kapustę, surowe ryby i tort urodzinowy z zapalonymi świeczkami, ale też tubki pasty do zębów, odtwarzacze wideo, piloty do telewizora i zabawkowe radiowozy policyjne. W latach 80. naukowcy z kalifornijskiego uniwersytetu medycznego Loma Linda wykorzystali występy Gallaghera do badania wpływu śmiechu na organizm. Pobrali próbki krwi od dziesięciu studentów medycyny, którzy obserwowali komika w akcji, a następnie przebadali je. Okazało się, że wszyscy widzowie mieli podwyższony poziom białych krwinek. Stwierdzono zatem, że śmiech wzmacnia układ odpornościowy. Ig Nobel aż się prosi!
Drugi trend w przyznawaniu nagród jest jakby lustrzanym odbiciem pierwszego: to „kulinaria w służbie nauki”. Reprezentuje ją choćby wiekopomna praca na temat alarmu wasabi (Makoto Imai, Naoki Urushihata, Hideki Tanemura, Yukinobu Tajima, Hideaki Goto, Koichiro Mizoguchi i Junichi Murakami; chemia, 2011) mająca na celu ustalenie idealnej gęstości unoszącego się w powietrzu japońskiego chrzanu w celu obudzenia śpiących ludzi, kiedy wybuchnie pożar.
Kolejny przykład (medycyna, 2022) pochodzi z Polski, a dokładnie z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. „Marcin Jasiński, Martyna Maciejewska, Anna Brodziak, Michał Górka, Kamila Skwierawska, Wiesław Jędrzejczak, Agnieszka Tomaszewska, Grzegorz Basak i Emilian Snarski – piszą jurorzy – wykazali, że pacjenci poddawani niektórym formom toksycznej chemioterapii odczuwają mniej szkodliwych skutków ubocznych, gdy lody zastępują jeden tradycyjny element zabiegu”. Chodzi o to, że autologiczny przeszczep komórek macierzystych układu krwiotwórczego (stosowany jako terapia w przypadku pewnych chorób, np. szpiczaka mnogiego czy amyloidozy), wymaga wcześniejszej chemioterapii. Jej częstym skutkiem ubocznym jest zapalenie błony śluzowej jamy ustnej. Temu z kolei zapobiega krioterapia, którą przeważnie realizuje się za pomocą podawania pacjentom kostek lodu do powolnego ssania. Jak się okazało – można je z powodzeniem zastąpić o wiele smaczniejszymi i milszymi w konsumpcji lodami. Podczas eksperymentu efekt terapeutyczny był bardzo zbliżony do tego, jaki osiągano tradycyjnymi metodami.
Trzecia zauważalna tendencja to premiowanie prac o zwierzętach, które dostarczają nam jedzenia albo niestety (lub stety) same się tym jedzeniem stają. W tym roku szczególnie efektowny (by nie rzec: efekciarski) był temat rozprawy nagrodzonej w dziedzinie biologii. Tomoki Kojima, Kazato Oishi, Yasushi Matsubara, Yuki Uchiyama, Yoshihiko Fukushima, Naoto Aoki, Say Sato, Tatsuaki Masuda, Junichi Ueda, Hiroyuki Hirooka i Katsutoshi Kino opisali w niej test mający na celu sprawdzenie czy teza, jakoby czarno-białe paski na skórze zebry odstraszały owady sprawdzi się również w odniesieniu do krów. Naukowcy pomalowali poczciwe mućki i rzeczywiście: liczba ukąszeń okazała się o połowę mniejsza niż zwykle.
Kiedy krowy nie są gryzione, mogą się zrelaksować i spokojnie zająć swymi krowimi sprawami, do których należą skubanie trawy, przeżuwanie i leżenie. Nad tym ostatnim pochylili się Bert Tolkamp, Marie Haskell, Fritha Langford, David Roberts i Colin Morgan – i to tak skutecznie, że w 2013 zgarnęli Ig Nobla w kategorii „rachunek prawdopodobieństwa” – a to za dokonanie dwóch powiązanych ze sobą odkryć: po pierwsze, im dłużej krowa leży, tym większe prawdopodobieństwo, że wkrótce wstanie; po drugie, że gdy krowa już wstanie, nie można łatwo przewidzieć, jak szybko położy się ponownie.
Dociekaniom jajogłowych nie oparły się też stworzenia pierzaste. W 1997 nagroda z meteorologii przypadła w udziale fizykowi z Uniwersytetu Stanowego Nowego Jorku w Albany, Bernardowi Vonnegutowi (tak, tak, z tych Vonnegutów – dokładnie to starszy brat Kurta) za obalenie teorii mówiącej, że stopień oskubania martwego kurczaka z piór przez tornado może być dokładną miarą prędkości tego wiatru.
Kurczakami zainteresowali się również Stefano Ghirlanda, Liselotte Jansson i Magnus Enquis z Uniwersytetu Sztokholmskiego, którzy w 2003 roku zdobyli wawrzyn za badania interdyscyplinarne. Praca Kurczaki wolą pięknych ludzi relacjonuje proces tresury tych ptaków, który sprawił, że nauczyły się odróżniać ludzi „ładnych” od „brzydkich” wedle narzuconych im kryteriów, które zaproponowali studenci.
Śledź to niezły cwaniak. Nie dość, że często – i to w majestacie europejskiego prawa – udaje sardynkę, co okazuje się dopiero po otwarciu puszki, to jeszcze kiedyś o mało nie doprowadził do wybuchu III wojny światowej. Na szczęście w ostatniej chwili (jak to zwykle ludzie ratujący świat) zdemaskowali go amerykańscy… yyy… przepraszam – skandynawscy, szkoccy i kanadyjscy naukowcy – za co w roku 2004 dostali zasłużonego Ig Nobla w dziedzinie biologii. Byli to: Ben Wilson z Uniwersytetu Kolumbii Brytyjskiej, Lawrence Dill z Simon Fraser University w Kanadzie, Robert Batty ze Scottish Association for Marine Science, Magnus Wahlberg z University of Aarhus w Danii i Håkan Westerberg ze Szwedzkiej Narodowej Rady Rybołówstwa (Fiskeriverket).
Cała afera zaczęła się w Szwecji na początku lat 80., czyli w szczycie zimnej wojny. Jak opowiadał na ceremonii rozdania Ig Nobli Wahlberg: „Marynarka wojenna zgłosiła zanotowanie tajemniczego dźwięku rozchodzącego się głęboko pod powierzchnią morza. Raz po raz żołnierze słyszeli go w pobliżu swoich tajnych baz wojskowych, w portach i wzdłuż szwedzkiego wybrzeża, głównie w nocy. Po dogłębnej analizie wojsko było pewne. Dźwięk oznaczał inwazję, akt wojny, pierwszą salwę nuklearnej zagłady”. Jednak gdy do roboty wzięli się naukowcy, wyszło na jaw, że to o dziwo nie Ruscy, a właśnie śledzie – zarówno pacyficzne (Clupea pallasii), jak i atlantyckie (Clupea harengus) – wydają te dziwne hałasy o długości 0,6–7,6 sekundy i częstotliwości 1,7–22 kHz, przypominające terkotanie wędkarskiego kołowrotka. Robią to – tu elegancki cytat z pracy – „poprzez wydalanie gazów z pęcherza pławnego przez przewód odbytowy”. Po co? Tego na razie nie wie nikt. Przypuszcza się, że umożliwia im to komunikację podczas łączenia się w ławice, przy czym owa komunikacja – zupełnie jak w przypadku okrętów podwodnych – jest zaszyfrowana, ponieważ większość morskich drapieżników nie słyszy nic powyżej 2 kHz. Czy tajne śledziowe operacje obejmują też spisek, który doprowadził do ich legalizacji jako sardynek? Obiecuję to sprawdzić i – nie ukrywam – liczę na Ig Nobla 2026. Kategoria obojętna. 
ŚLEDZIE KORZENNE
Przepis z książki Aleksandra Barona i Łukasza Klesyka Między wódką a zakąską. Podaje Aleksander Baron – szef kuchni oraz współwłaściciel krakowskiej restauracji Kapłony i Szczeżuje à la carte
• 6 całych śledzi
• 500 ml oleju rydzowego
• 1 laska cynamonu
• 1 gwiazdka anyżu
• 1 łyżeczka ziela angielskiego
• 1 łyżeczka ziaren pieprzu
• 2 liście laurowe
• 3 goździki
• 1½ łyżeczki startej gałki muszkatołowej
dodatkowo:
• kilka: lasek cynamonu, goździków
Wszystkie przyprawy zblenduj. Śledzie oczyść, przełóż do słoika, posyp przyprawami korzennymi i zalej olejem. Do środka możesz włożyć także laski cynamonu, całe goździki, pieprz.
