
Problem nierozwiązywalny
Udostępnij artykuł
Na moim tegorocznym wielkanocnym stole, oprócz bezliku dań, stanęła też butelka wina i butelka wody gazowanej, do której mam ciągle wielką słabość. I o ile ta pierwsza nie wywołała żywszej reakcji pośród współbiesiadników, o tyle druga wzbudziła długą i naprawdę gorącą dyskusję. Wszystko przez niewielki prostokąt z napisem: „Kaucja 0,50 zł”.
Powiem szczerze, że od czasu, kiedy tematy polityczne są w mojej rodzinie zabronione pod karą banicji towarzyskiej, żaden temat nie był źródłem tak ostrej dysputy. Prosty PET sprawił, że dyskurs osiągnął poziom emocji przewyższający nie tylko ten występujący przy sporach o wyższość majonezu Kieleckiego nad Winiarym, ale nawet ten towarzyszący scysjom o zasadność umieszczania rodzynek w serniku. To dosyć dziwne – tym bardziej, że chodzi o rzecz z pozoru błahą – o coś, co w czasach, gdy wokoło rosną góry śmieci, a nasze ciała stają się magazynami mikroplastiku, wydaje się oczywistością. O oddanie zużytej puszki czy butelki.
I o ile wszyscy co do jednego zgadzają się, że coś z tymi opakowaniami trzeba zrobić, o tyle sensowność wdrożonego systemu budzi już rzeczony spór oraz liczne wątpliwości. W znacznej mierze wynikają one, w mojej ocenie, z lenistwa. Łatwiej wszak butelkę zgnieść i wrzucić do worka z plastikowymi odpadami niż: 1) starannie ją odłożyć, dbając o to, by się nie pogięła; 2) równie starannie przechować – pół biedy, gdy to butelka po wodzie, ale gdy po czymś słodkim, trzeba uważać, by nie stała się wabikiem na owady; 3) zapudełkować i odwieźć do sklepu – na szczęście może to być sklep dowolny; 4) po drodze, w zależności od przekonań, trzymać kciuki, modlić się lub mantrować, prosząc los o to, by butelkomat akurat działał; 5) odstać swoje w kolejce, bo już pojawili się profesjonalni zbieracze przynoszący do punktów setki sztuk; 6) przy kasie pamiętać, by kupon z butelkomatu został włączony do płatności, nie zaś odruchowo opłacić wszystko kartą i wrócić z kuponem w kieszeni do domu, co już kilka razy zrobił piszący te słowa.
Jak widać, nie ma lekko, ale nie ma też alternatywy. Choć… jestem głęboko przekonany, że jeszcze przed wakacjami na rynku pojawią się napoje w butelkach o pojemności 3,001 litra – skoro te powyżej 3 litrów są z tego kaucyjnego cyrku zwolnione, kreatywność producentów na pewno nie zawiedzie. Ten jeden dodatkowy mililitr to genialny środkowy palec pokazany mechanizmowi, który kaucją objął wszystko do trzech litrów. Producent czysty, klient zadowolony, system ośmieszony.
Choć prawdę mówiąc, ten mechanizm ośmiesza się sam i to również w sferach, o których zwykły konsument nie ma pojęcia. Chodzi o puszkowo-butelczaną buchalterię. Większości z nas nie interesuje, co stanie się z butelką po jej wrzuceniu do butelkomatu. Tymczasem to wtedy zaczynają się cuda. Każda z nich jest wszak warta pół złotego. Toteż są one potem pakowane do plombowanych worków i ruszają w podróż do centrum zliczeniowego. Takich jest w Polsce kilka, a jeden z portali niedawno opublikował reportaż o jego działaniu. Trafiają tam miriady worków, puchatych, bo pełnych niezgniecionych butelek, i czekają, aż ktoś te butelki weźmie i policzy. A że są ich miliony, bardzo szybko powstają prawdziwe hałdy czekające na przeliczenie. Dopiero po nim kwity z centrum zliczeniowego są uwzględniane przez operatora systemu kaucyjnego, a system zwraca do sklepów kasę, którą wypłaciły one za butelki.
Niestety labilność polskiego prawa skutecznie powstrzymała przedsiębiorców zarządzających owymi centrami przed inwestycją w wydajne maszyny liczące. W efekcie zliczanie następuje wolniej, niż przybywa worków na placu. Dodajmy do tego jeszcze aspekt samego transportu. Jako że opakowania muszą być niezgniecione, w praktyce wozi się powietrze, bo wielka ciężarówka wiezie dużą kubaturę, ale o znikomej masie. W efekcie pojawia się konieczność wielu kursów, a co za tym idzie – całkiem spory ślad węglowy. Dodajmy do tego olbrzymie zużycie wody konieczne do ponownego wprowadzenia surowca do obiegu – a ekologiczny sens kaucji na opakowania stanie się co najmniej wątpliwy.
Czy w takim razie jest jakieś rozwiązanie? Moim zdaniem tak: szklana butelka jednego typu używana przez wszystkich producentów. Ewentualnie w trzech wersjach, nieznacznie różniących się od siebie w zależności od tego, co jest w środku – wino, mocne alkohole, napoje bezalkoholowe. Do tego o naprawdę wysokiej kaucji. Takiej, by rzeczywiście było szkoda ją wyrzucić. Tylko że szklane butelki, a właściwie ich skup, to w Polsce problem nierozwiązywalny od ośmiu dekad.
I tak oto dochodzimy do momentu, w którym, żeby ratować planetę, wozi się powietrze ciężarówkami, liczy butelki ręcznie i modli, żeby maszyna je przyjęła. A wszystko po to, żebyśmy mogli z czystym sumieniem powiedzieć, iż system działa. Nawet jeśli działa nam głównie na nerwy.
