
Mój SPATiF
Udostępnij artykuł
Jest prostokątny i błyszczący, niewielki, ma wymiary 8 × 4,5 cm i duży, okrągły otwór. Wisi na tablicy korkowej w mojej jadalnio-pracowni. To rzecz bezcenna: numerek z szatni warszawskiego Klubu Aktora. Może dotykała go Osiecka, może miętosił Holoubek, a może nawet gubił po kieszeniach Himilsbach. Ów niepozorny kawałek blachy był świadkiem wiekopomnych dyskusji, epokowych żartów i spektakularnych pijaństw. Także smakowitych kolacyjek i obiadków, o których pamięć – choć zatopiona w morzu wódki i anegdot – czasem wypływa na powierzchnię.
Na pytanie, czym był SPATiF można odpowiedzieć albo krótko, albo długo, albo stwierdzić, że tego w ogóle się nie da wytłumaczyć. Krótko: otwarty w 1955 roku w stołecznych Alejach Ujazdowskich lokal dla artystów, oficjalnie zwany Klubem Aktora, a nieoficjalnie i powszechnie SPATiF-em – od nazwy zarządzającej nim instytucji, czyli Stowarzyszenia Polskich Artystów Teatru i Filmu. Długo: „SPATiF to było zupełne pomieszanie z poplątaniem” – jak mówił w dawnym wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” słynny „Głowa”, czyli pisarz i bywalec klubu, Janusz Głowacki. „Miejsce niepodobne do niczego na świecie. Bo wszędzie alkoholicy, artyści czy narkomani są podzieleni według wysokości konta w banku. A tam przychodzili pisarze opozycyjni, tajniacy, którzy ich podsłuchiwali, członkowie KC, pułkownik Załuski [Zbigniew; nie tylko oficer LWP, ale także pisarz i scenarzysta filmowy – przyp. ŁK], na którego czekał kierowca w mundurze, sportowcy ze złotymi medalami olimpijskimi, którzy upijali się na śmierć dzień przed mistrzostwami Europy, które potem wygrywali. Przychodził Andrzejewski i Mętrak [Krzysztof, krytyk filmowy i literacki, poeta], Krzeczkowski [Henryk, tłumacz, pisarz i publicysta, działacz opozycyjny] i Bereza [Henryk, krytyk literacki]. Zaglądał Kisiel, Turowicz i Marcin Król. Na stałe rezydował Prutkowski [Józef, poeta, satyryk i felietonista] otoczony prostytutkami i olimpijczykami. Słonimski opowiadał, jak było, a obok było, jak jest”. Nie da się wytłumaczyć: SPATiF był wszystkim po trochu – miejscem, w którym aktorzy spuszczali parę po teatralnych spektaklach, nieformalną agencją castingową (to tu Olbrychski dostał rolę w Panu Wołodyjowskim), klubem dyskusyjnym, klubem towarzyskim i Bóg wie, czym jeszcze. Kulinaria w tym wszystkim również funkcjonowały i – choć nie były najważniejsze – goście cenili je i do dziś czule wspominają.
Aktor Jacek Kałucki zaczął bywać w klubie pod koniec lat 70. – Przede wszystkim – mówi – chodziło się tam po to, żeby spotkać się z kolegami, pogadać, pośmiać się; bez przesady można powiedzieć, że to był taki drugi dom. Oczywiście to wszystko było podlewane wódeczką. Podstawowym jedzonkiem do tej wódeczki był boczek po włościańsku. Było to nic innego, jak boczek w plastrach przysmażonych z cebulą, podawany na ciepło. Na ostro przyprawiony, chyba papryką. Dlaczego po włościańsku – nie wiem. Było to najtańsze z ciepłych dań. Do tego – jak mówię – piwko, wódeczka. Wódki były różne, przez pewien czas obowiązywał całkowicie kretyński przepis, że nie można było zamówić całej butelki. Na szczęście szybko go zniesiono. Cieszyli się nie tylko goście, ale i kelnerzy – nie musieli już na okrągło latać z kieliszkami. Butelkę przynoszono do stolika i wstawiano do schłodzonego srebrzystego pojemnika w kształcie walca, przypominającego termos. Wódka była tania, z minimalną marżą – w sklepie 120 złotych za pół litra, w SPATiF-ie 150 zł. Najczęściej czysta, ulubione przez gości marki to Żytnia „z kłoskiem” i Wyborowa. Tanie były też obiady klubowe – tylko dla członków SPATiF-u/ZASP-u: pomidorowa, mielone, takie domowe jedzenie. Na przeciwnym biegunie – medaliony z polędwicy podawane z kładzionymi kluseczkami francuskimi. Uwielbiałem też golonkę – występowała w dwóch wersjach: najprostszej, z wody, i zapiekanej w piecu. W pewnym momencie w SPATiF-ie pojawił się nowy ajent, wołali na niego Hemingway, bo rzeczywiście był do niego podobny i miał bujną siwą brodę. Wyszukał jakiegoś przedwojennego kucharza – był to nobliwy starszy pan, który pilnował, żeby wszystko było podane ciekawie i elegancko – a to fantazyjnie udekorowane natką pietruszki, a to polane jakimś sosem. Za czasów Hemingwaya pojawiły się bliny, barszcz ukraiński, karasie, śledź w oleju, śledź po japońsku, śledź z żurawiną.
Naturalnym przedłużeniem czynnego do północy SPATiF-u i ultima thule nocnych wojaży był mieszczący się na Trębackiej Klub Stowarzyszenia Filmowców Polskich, nazwany przez Głowackiego „Ściekiem”. Docierało się tam w dość osobliwy sposób. Kałucki:
– Koło pomnika Witosa [na Placu Trzech Krzyży – przyp. ŁK] był postój taksówek, ale zawsze stała do niego ogromna kolejka. Natomiast już od za dwadzieścia dwunasta krążyły po okolicy polewaczki z Zakładu Oczyszczania Miasta. Polewaczka z Placu Trzech Krzyży na Trębacką kosztowała 10 złotych – chyba że ktoś chciał z polewaniem, to 20 złotych. Poza sezonem letnim transportową rolę polewaczek przejmowały pługi śnieżne. Ściek był czynny do ostatniego klienta, poza tym wszystko było pozamykane. I ci wszyscy wspaniali ludzie zlatywali się do Ścieku, jak ptaki do gniazda. Kto był filmowcem z legitymacją związku, musiał wejść. Nad pozostałymi pastwili się dwaj srodzy bramkarze. Nie było kuchni, a jedynym daniem, które podawano były parówki po kanadyjsku. Parówka po kanadyjsku polegała na tym, że była przekrojona, włożony w tę szparę boczek i ser żółty – i to zapiekane w piecyku elektrycznym. Do tego keczup. Piło się głównie wódkę, ale też „harcerzyki”, czyli wódkę z sokiem pomarańczowym lub grejpfrutowym. Te soki to były puszkowane Dodoni – chyba ajent miał jakieś dojścia, bo był to towar kompletnie w tamtych czasach niedostępny.
Powiedzieć, że SPATiF słynie anegdotami, to nic nie powiedzieć – SPATiF jest jedną wielką anegdotą. Kałucki opowiedział mi o wielce zabawnym zdarzeniu, którego sam był świadkiem. Pewnego razu znany i uwielbiany aktor Bronisław Pawlik padł ofiarą dowcipu, którego pomysłodawcą był aktor i reżyser Czesław Wołłejko. Pawlik miał zwyczaj codziennego zachodzenia do SPATiF-u, wypijania setki wódki i niezwłocznego udawania się do domu. Pewnego dnia Wołłejko poprosił Krysię, barmankę, żeby zamiast wódki nalać Pawlikowi dobrze schłodzonej wody. Barmanka nie chciała się zgodzić, ale w końcu – po zapewnieniach Wołłejki, że bierze na siebie całą odpowiedzialność – uległa. Pawlik przyjechał, wszedł na salę, rozdając ukłony i w charakterystyczny dla siebie sposób nerwowo gestykulując. Walnął tę fałszywą setę i wyszedł. Mieszkał na Powiślu, przy Ludnej. Miał tak to wszystko obliczone, że kiedy zajeżdżał swoją skodą pod dom, co trwało mniej więcej pięć minut, to dopiero wtedy ta wódeczka zaczynała w nim tańczyć – wszystko więc było legalne i bezpieczne. No więc przyjechał, wysiadł, zamknął drzwi auta – a tu nic! Wrócił w te pędy – wspaniale było patrzeć, jak pokrzykuje i wymachuje rękami! Wszyscy oczywiście w śmiech. Potem, żeby uniknąć podobnych dowcipów, przynosił ze sobą apteczną buteleczkę z ciemnego szkła z korkiem – pani Krysia przelewała mu te sto gramów do tej flaszeczki przez specjalny lejeczek, a on zabierał je ze sobą.
Kilkanaście podobnych historyjek zawiera doskonała książka Aleksandry Szarłat SPATiF. Upajający pozór wolności. Kiedy wprowadzają wspomniany przez Kałuckiego zakaz sprzedaży wódki na butelki, do klubu „wraca «żyrandol», wymyślony w latach pięćdziesiątych w Kameralnej przez Hłaskę. To taca pełna kieliszków, do których kelner rozlewa pół litra. […] Kiedy Jan Himilsbach zamawia śledzia po japońsku, prosi jednocześnie kelnera o słownik polsko-japoński. […] Znanym bankietowiczem w SPATiF-ie lat sześćdziesiątych jest [kulomiot] Władysław Komar. Przy stoliku dzieją się rzeczy niewyobrażalne, przynajmniej z punktu widzenia kucharzy i barmanów. Otóż Komar do kury w rosole dolewa ćwiartkę wódki i ten koktajl wypija duszkiem! […] Wielki aktor Jan Świderski rzucił niegdyś […] śledziem w śmietanie w nie mniej wielkiego krytyka teatralnego Jana Kotta. […] Ilekroć w połowie lat siedemdziesiątych [operatora filmowego Tadeusza] Rusinka odwiedza mieszkający w Krakowie brat Andrzej z synkiem Michałem, późniejszym sekretarzem Wisławy Szymborskiej, operator zaprasza ich na obiad do SPATiF-u. – Pękałem z dumy, że będę ich raczył takimi frykasami jak kaczka w sosie różanym, i oczekiwałem pochwał. Tymczasem Michał, wówczas może pięcioletni, zaczął tą kaczką pluć. Bo co to ma być: kaczka na słodko?! Słodki to ma być deser! – wspomina”.
Mój własny SPATiF zaczął się gdzieś tak w połowie lat 2000. Zaprowadził mnie tam twórca programów i książek dla dzieci (a ostatnio również fenomenalnej kontynuacji Przygód dobrego wojaka Szwejka) Andrzej Marek Grabowski. Tak mi się spodobało, że legendarny klub stał się i moim drugim domem. Jak to uzasadnić? „Nie da się”. Może chodziło o staromodny wystrój w stylu angielskiego pubu, może o niezwykłą dla stołecznych lokali ciszę, a może o nie do końca definiowalne poczucie bezpieczeństwa, otulenia, o ciepło i czar, sprawiające, że nie chciało się stamtąd wychodzić. Słynni ludzie już tam właściwie nie bywali (raz tylko spotkałem idola mojego dzieciństwa Bronisława Cieślaka, czyli porucznika Borewicza z 07 zgłoś się), pełno za to było bożych wariatów, którzy ochoczo przysiadali się do stolika i tkali kolejne bajki z mchu i paproci, w zamian za kolejne browary czy dawki dobrze zamrożonej substancji. Jak dziś pamiętam wieczór z przyjaciółmi i gościa, który do drugiej w nocy opowiadał nam o konferencji prasowej Franka Zappy, na której Monika Olejnik zapytała go, co wie o polskiej muzyce, a on na to: „To ja panią pytam, co pani wie o polskiej muzyce. Co pani na przykład wie o Kulpowiczu? Ja mam wszystkie jego płyty”. Dopiero nazajutrz, gdy trochę przetrzeźwiałem, dotarło do mnie, że facet na maksa popłynął: Zappa nigdy nie koncertował w Polsce.
W tych czasach kuchnia SPATiF-u była prosta i dobra: z rozrzewnieniem wspominam różnego rodzaju śledzie, rydze z patelni czy – specjalność zakładu – cielęce nereczki duszone w sosie własnym i tuż przed podaniem krótko i intensywnie zapiekane pod salamandrą. Do tych ostatnich zawsze brałem kieliszek lub dwa cholernie mocnej beczkowanej śliwowicy Passover z Polmosu Bielsko-Biała. Nalana wprost ze stojącej na barze butelki była za ciepła i zbyt paląca, w szklaneczce z lodem błyskawicznie się rozwadniała. Któregoś razu starszy, doświadczony barman wymyślił specjalnie dla mnie rozwiązanie: przelał trunek do szklanki przez sitko wypełnione lodem, po czym umieścił go znów w zwykłym kieliszku. Poczułem się zaopiekowany – to była właśnie ta legendarna spatifowska domowość.
W 2013 roku, po 22 latach wyprowadziłem się z Warszawy. Kilka lat później przyjechałem na krótko i oczywiście zajrzałem do SPATiF-u. SPATiF-u nie było. Przynajmniej tego mojego, pluszowo-ciepłego, z galerią zdjęć słynnych aktorów nad naszym stolikiem tuż koło wejścia (do której zawsze, w ramach dowcipu chcieliśmy dokleić jakiegoś niesłynnego znajomego), z nereczkami spod salamandry, śliwowicą Passover i hożym dziadkiem snującym niestworzone historie o Zappie. Teraz się tam nie siedzi. Teraz się tam tańczy, dyskotekuje i koncertuje; można zamówić „talerzyki” (w tym frytki z chutneyem z tamaryndowca z morelą) i wina skin contact. Można też – jestem o tym absolutnie przekonany – usiąść przy barze, ścisnąć mocno w dłoni ten stary numerek z szatni i wypowiedzieć zaklęcie, a wtedy wszystko, co stare i dobre powróci.
Wciąż tego zaklęcia szukam.
