
Koncertowo
Udostępnij artykuł
Minionej zimy – dodam, że wyjątkowo mroźnej na tle poprzednich – zafundowałem sobie domowy przegląd filmów hołdujących miłości do basenu Morza Śródziemnego. Większość tych, głównie amerykańskich, produkcji łączy wyraźne ocieranie się o gatunek travel porn oraz istotna, choć nienachalna rola wina. I powiem wam, że ten seans zaowocował u mnie głębokim westchnieniem skierowanym w stronę polskich kupców i promotorów winnych: panowie, żeście to koncertowo spartolili.
W każdej z tych produkcji wcześniej czy później dochodzi do sceny uczty. Najczęściej, jak w filmie Dobry rok, to sąsiedzkie spotkanie na dziedzińcu winiarni, koniecznie oświetlonym rozpiętymi na sznurach, gołymi żarówkami. Czasami, jak w osadzonej na Cyprze komedii Find Me Falling (w polskiej dystrybucji jako Na wyspie miłości), są to biesiady w gwarnych tawernach. Zawsze jednak kluczowym elementem jest wino – lejące się obficie i bez zbędnej celebry.
I co najważniejsze: nikt temu winu nie poświęca tam szczególnej uwagi. Ważni są goście, relacje, emocje i otoczenie. Wino jest w tle; stanowi naturalne uzupełnienie, bez którego udany wieczór po prostu nie może się odbyć. Jest składową dobrej zabawy, a nie jej głównym bohaterem.
O ile w tych przesłodzonych filmowych produkcjach sporo jest naciągania, o tyle rola wina w tamtejszej kulturze została oddana bezbłędnie. Wie o tym każdy, kto spędził choćby przedłużony weekend na południu Włoch, Francji lub w Portugalii. Tam nikogo nie obraża podanie domowego trunku w zwykłej szklance ani pękatym balonie – czego sam doświadczyłem kilka tygodni temu w niewielkiej trattorii gdzieś w Kampanii. Bo wino, choć istotne, jest tylko dodatkiem. Świat ma się kręcić wokół biesiadników, a nie wokół kieliszka.
Tymczasem w Polsce, od połowy lat 90., wino serwuje się nam nie tylko jako dobro luksusowe, ale wręcz jako narzędzie do budowania osobistego prestiżu. Coś, co pija się od wielkiego dzwonu, koniecznie w drogiej restauracji, przy stole przykrytym nienagannie wykrochmalonym obrusem. My sami – w zależności od płci i zasobności portfela – mamy mieć na sobie balową suknię albo garnitur, a najlepiej frak.
Uważacie, że przesadzam? To przypomnijcie sobie te wszystkie kolacje promocyjne w sztywnej formule Chef & Somm i towarzyszący im „dualizm narracji”. Tu fragment starej ulotki promocyjnej z mojego archiwum: „Podczas takich eventów eksperci wychodzą do gości jak kapłani do wiernych: Szef Kuchni celebruje teksturę i pochodzenie jarmużu, a Sommelier z namaszczeniem wyjaśnia, dlaczego akurat to wino «przecina» smaki dania”.
Serio, czy ktoś kiedykolwiek wierzył, że na takim podejściu da się zbudować masową kulturę spożycia? Że to zmieni mentalność? Że po takim tekście ktoś wybierze butelkę wina zamiast sześciopaku, wybierając się na działking do znajomych? Że na spotkaniu studenci zamówią po kieliszku czerwieni, a nie kufel piwa? Myślę, że ówcześni gracze rynkowi wcale nie brali tego pod uwagę. Ważniejsze było ekonomiczne „tu i teraz”. Przedstawienie wina jako dobra luksusowego pozwalało na narzucanie absurdalnych marż, nieporównywalnych z tymi, które ich koledzy po fachu zarabiali na piwie czy destylatach.
Wyłom w tym myśleniu nastąpił tylko raz – gdy winem zainteresowały się duże sieci handlowe. To wtedy nastąpiła największa dynamika wzrostów, młodzi ludzie zaczęli sięgać po korkociąg, a wiedza winiarska przestała być wiedzą tajemną. Wreszcie wino stało się – szkoda, że na tak krótko – czymś normalnym i dostępnym. Czymś, czemu nie musi towarzyszyć magiczna wręcz oprawa. Stało się tłem, a nie solistą grającym pierwsze skrzypce.
Niestety, owe mityczne pięć minut szybko minęło. Na grille powróciły sześciopaki, a na spotkaniach towarzyskich znów królują „ruda” i kolorowe drinki z parasolką. Wino ponownie stało się zabawką dla nielicznej grupy wybranych. Nasi kupcy winni, w czasach, gdy wizerunek jest wszystkim, nie potrafili wykorzystać nawet mody na travel porn, by przekuć ją we własny sukces. Efekty opisałem wyżej. Miało być pięknie, jak nigdy, a wyszło jak zawsze. Żeście to – powtórzę raz jeszcze – koncertowo spartolili.
