
Czy Kampania wciąż płacze łzami Chrystusa?
Udostępnij artykuł
„Nie odróżniam opery od boogie. Ani lacryma christi od corpus christi” – mówi Maria, bohaterka Trzech monet w fontannie, słynnej komedii romantycznej z 1954 roku. Ową frazą scenarzyści sprawnie scharakteryzowali tę postać: uroczą, ale prostą Amerykankę, którą zawodowa kariera rzuciła do Włoch. Jej wypowiedź ma być kontrą dla postaci dystyngowanego księcia Dino di Cessiego, który lacryma christi uważa za najszlachetniejsze wino świata: to oczywiście jego ulubione.
Widziałem tę klasyczną komedię kilka razy, pierwszy pewnie ze 30 lat temu i od tamtego czasu zastanawiam się, cóż za wspaniałym winem jest lacryma christi i dlaczego właściwie nie ma go w polskim dyskursie winiarskim, o kartach win w restauracjach nie wspominając. I uparłem się, by je poznać. Poszukiwania zacząłem jednak nie w Rzymie, gdzie osadzono akcję hollywoodzkiej produkcji, a w miejscu, gdzie lacryma christi się rodzi – w Neapolu.
Lacryma christi – lokalniej już się nie da
Według apelacji Vesuvio DOC biała, musująca (spumante) i likierowa (liquoroso) lacryma christi musi zawierać co najmniej 35% cody di volpe (caprettone) i co najwyżej 45% szczepu verdeca. Pozostałe 20% można uzupełnić falanghiną lub greco. W ostatnich latach to najczęściej ta pierwsza. W czerwonej i różowej lacrymie wymagane jest co najmniej 50% piedirosso (palombiny); można użyć co najwyżej 30% sciascinoso (olivelli) i 20% emblematycznego dla Kampanii aglianico.
Legenda i rzeczywistość
Pełne miano tego wina, a właściwie win, bo występuje ono w wersji białej (bianco) i czerwonej (rosso) to lacryma christi di vesuvio. W wolnym tłumaczeniu – łzy Chrystusa z Wezuwiusza. Nazwę wyjaśnia legenda. Gdy Lucyfer został zrzucony z nieba za zdradę Boga, z zemsty wyrwał jeszcze kawałek niebios. Gdy ten spadł na ziemię, utworzył słynącą z piękna Zatokę Neapolitańską. Kiedy Jezus zobaczył to miejsce, zapłakał ze wzruszenia, a łzy spadły na Wezuwiusza, dając cudowną moc obrastającym go krzewom winorośli.
Ale to niejedyna legenda związana z tym winem. Inna opowieść przedstawia Jezusa, który po wniebowstąpieniu, zachwycony pięknem Zatoki Neapolitańskiej, zapłakał łzami radości, które spadając na wulkaniczną glebę Wezuwiusza, cudownie sprawiły, że wyrosły tam winorośle. Istnieje również legenda o Jezusie podróżującym incognito w przebraniu, który odwiedził pustelnika żyjącego na Wezuwiuszu. Gdy gość poprosił o wodę, a pustelnik z dobroci serca mu ją ofiarował, Chrystus przemienił wodę w wino, dając początek lacryma christi.
Tyle legendy. A czym rzeczywiście lacryma christi jest? To zdecydowanie mineralne wino powstające z gron zrodzonych na wulkanicznych glebach zboczy Wezuwiusza. Prawie zawsze blend. Białe często wprowadza się na rynek jako młode. Dzięki temu tym, co je definiuje są rześkość, świeżość i podszyty mineralnością zdecydowanie owocowy charakter. Wina czerwone przeważnie leżakują w stali lub szkle. Tylko niektórzy producenci, jak Cantina del Vesuvio (wersje Riserva i Superior) dojrzewają je w drewnie, zarówno w dużych, jak i małych beczkach. Dla wielu jest to działanie kontrowersyjne, bo wprowadza przyprawowo-korzenne nuty, które maskują mineralność i świeżość lacrymy christi. A to ona przez wieki była jej wyróżnikiem.
Grecy, Rzymianie, mnisi…
Określenie „przez wieki” nie jest przesadą. Uprawa winorośli na zboczach Wezuwiusza zaczęła się w V wieku p.n.e. To wtedy greccy osadnicy rozpoczęli pierwsze nasadzenia. Ślady tego pozostały do dzisiaj w nazewnictwie. Nie bez powodu jeden z najważniejszych ośrodków winiarstwa u podnóża wulkanu nazywa się Torre del Greco, jeden z najszlachetniejszych białych szczepów Kampanii nosi zaś nazwę greco di tufo.
Po Grekach przyszli Rzymianie. Szybko docenili jakość tamtejszych win, region zaś nazwali Campania Felix – Urodzajna Kraina. A potem przyszedł rok 79 naszej ery. Wezuwiusz ryknął głośniej niż zwykle i Pompeje, Herkulanum oraz kilka okolicznych miejscowości zamieniło się w kule ognia. Wydawać by się mogło, że wraz z upadkiem tych miejsc skończy się kariera winiarska zboczy Wezuwiusza. Nic bardziej mylnego. Już we wczesnym średniowieczu na ruinach greckiej osady Turris Octava pojawili się zakonnicy. Osada szybko zmieniła nazwę na Torre del Greco, a mnisi rozpoczęli produkcję „greckiego wina”, które szybko ochrzcili – jakże by inaczej – łzami Chrystusa. To owe wspólnoty zakonne, ze szczególnym uwzględnieniem kapucynów, odpowiadają za przechowanie w zbiorowej świadomości win ze stoków wulkanu. Pewnie robiliby je do dziś, ale wielki stożek znów postanowił namieszać – do kolejnej erupcji doszło w 1794 roku. W jej efekcie kościół rozsypał się jak domek z kart, a budynki klasztorne aż po dzwonnicę zostały zasypane wulkanicznym pyłem. Na blisko wiek świat znowu zapomniał o winach spod znaku Chrystusowych łez. I wtedy na scenę wkroczyła rodzina Mastroberardino.
Dla tych, co się znają

fot. museomima.it,
domena publiczna
Nim usłyszał o nich świat, produkowali wino od co najmniej 11 pokoleń. Ale dopiero Angelo Mastroberardino – z jednej strony winiarz pełną gębą, z drugiej miłośnik historii i archeolog, zakładając w 1878 roku winnicę Avellino, przywrócił masową uprawę na zboczach Wielkiej Góry. Dwa pokolenia później jego potomek Antonio Mastroberardino dokonał nasadzeń na terenie Pompejów i zaczął tłoczyć wino. Tym samym opowieść zatoczyła koło.
Wróćmy jednak do 1878 roku i startu winnicy w Avellino. Zbiegło się to z okresem, gdy dla świata zostały odkryte Pompeje i Herkulanum, a w Stanach Zjednoczonych i Europie trwała moda na grand tours. Rzymskie dziedzictwo znów o sobie przypominało, a naukowcy zbadali osady zalegające w misach i dzbanach odkopanych na stanowiskach archeologicznych. Ich skład potwierdził, że lacryma christi i wina powstające tu przed wiekami mają wiele wspólnego. XX wiek to czas, kiedy popularność chrystusowych łez rośnie, a swoje pięć minut mają w latach 40. i 50. Za ich popularność w znacznej mierze odpowiadają amerykańscy żołnierze. I to w tamtym okresie wino staje się tematem hollywoodzkich produkcji.
Oczywiście pijał je nie tylko książę Dino di Cessi. Wcześniej o tym niezwykłym winie wspomina Aleksander Dumas, robiąc z niego ukochany trunek hrabiego Monte Christo. Pisze też o nim Wolter w Kandydzie. W opowiadaniu Córka Rappacciniego Nathaniela Hawthorne’a lacryma christi jest wręcz przedstawiane jako wyznacznik statusu społecznego klasy wyższej. W radziecko-albańskim filmie Wielki albański wojownik Skanderbeg z 1953 roku podobnie – symbolizuje feudalny luksus. Jest wspominane w tytułowym opowiadaniu z tomu The Machineries of Joy Raya Bradbury’ego (1964), a w filmie Jacques’a Rivette’a Duelle z 1976 roku fraza „lacryma christi” służy jako tajne hasło. Irlandzki pisarz i dziennikarz William Maginn wspomniał o tym winie w poemacie Inishowen około 1822 roku. A Curzio Malaparte w powieści Skóra określił je jako „święte, starożytne wino”.




istockphoto.com; Forcella i mural św. Gennaro, Neapol, fot. Wirestock, istockphoto.com; San Gregorio Armeno, Neapol, fot. lauradibiase, istockphoto.com; Cień Wezuwiusza nad Neapolem, fot. Gianpaolo Antonucci, unsplash.com
Śledztwo w rytmie melodiki
Teraz już pora, by poszukać samego wina. Próbuję w sercu historycznego Neapolu, zaczynam na Forcelli. Pozostawiam za sobą ogrom pozbawionego charakteru Piazza Garibaldi i powoli kieruję się w stronę Porta Nolana. Po drodze zatrzymuję się przy legendarnej, a niektórzy powiedzą wręcz, że kultowej, położonej przy samych murach trattorii Maraucci. Dojść do niej niełatwo, bo każdy kawałek ziemi przed bramą jest gęsto zastawiony straganami z odzieżą, butami i galanterią skórzaną o – powiedzmy dyplomatycznie – dyskusyjnej oryginalności. Ale komu marzy się Tani Armani, to dobrze trafił. Podkoszulki z wielkimi logo najsłynniejszych domów mody czekają w trzypakach, po 15 euro za zestaw. Obok bluzy, bokserki i torebki, oczywiście z krzykliwym oznaczeniem LV. Komu mało, niech idzie wzdłuż murów w stronę barokowej bazyliki San Pietro ad Aram. To raptem kilkadziesiąt metrów i kilka kup śmieci dalej. Tu sprzedawcy są już ciemnoskórzy, miasto przestaje przypominać europejską metropolię, a na usta cisną się słowa wypowiedziane przez jednego z bohaterów znakomitego serialu Gomorra: „A czego się spodziewasz, to nie Europa, to Neapol”.
Wróćmy jednak do trattorii. Choć jest jeszcze przed 13.00, to menu już można przejrzeć. W ofercie niezrównane pizze i pasty, ale w karcie win próżno szukać wina z Wezuwiusza.
Przekraczam bramę i wchodzę na via Nolana. Teraz, w porze obiadowej, na ulicznych straganach królują kolorowe chustki i plansze magnetyczne, gdy powrócę kolejnego ranka, miejsce pokaże inną twarz, zamieniając się w targ rybny. Na razie przecinam ruchliwą aleję Umberta I i wchodzę w Forcellę. Przy ulicy, właściwie w każdej bramie, jest jakiś bar albo pizzeria, pytam o lacrymę christi, młode (najczęściej) osoby wzruszają tylko ramionami. Kilka minut później staję na via Vicaria Vecchia stanowiącej dziś część Spaccanapoli – decumanusa, czyli drogi przecinającej ze wschodu na zachód starorzymskie Neapolis. To tu jest słynny, wysoki na cztery piętra mural przedstawiający patrona miasta, świętego Januarego, czyli po włosku Gennaro – zbieżność jego imienia z imieniem bohatera wspomnianego już serialu Gomorra nieprzypadkowa. W sąsiednich zaułkach, też królują murale, ale już nie ze świętymi, a z gwiazdami neomelodiki (niezwykle popularny gatunek muzyczny kojarzący się z disco polo, a m.in. wychwalający życie przestępcze) i nieśmiertelnym Diego. Pomiędzy obrazki wciśnięto dziesiątki knajp i knajpeczek. Pomimo wczesnej pory przy stolikach pełno. Klientela tak do trzydziestki, wszędzie królują Aperol, limoncello i piwo. Kart win brak.
To samo doświadczenie dotyka mnie w każdym z mnóstwa lokali, które odwiedzam w ciągu następnych dwóch dni. Nawet założona w 1949 roku Trattoria Nennella, nazywana matką neapolitańskiej pizzy, nie ma dziś karty win. Nie potrzebuje jej, wystarczą tańczący kelnerzy i playlista z modnymi przebojami, pośród których króluje neomelodica. Kolejka do wejścia i tak stoi tu co wieczór, a uzyskanie rezerwacji z jednodniowym wyprzedzeniem jest prawie niemożliwe. Brak wina tłumaczę sobie robotniczym, by wręcz nie powiedzieć lumpenproletariackim charakterem okolicy, którego nie zmienia nawet turystyczny boom, jaki w ostatnich latach jest jej udziałem. Może lacryma christi zwyczajnie nie pasuje do odrapanych, pokrytych tagami murów, odpadającego tynku i pustostanów z dzikimi lokatorami. Nie są to miejsca, jakie przypadłyby do gustu księciu Dino di Cessi.
Dlatego kolejne poszukiwania zaczynam na via Toledo, najbardziej reprezentacyjnej ulicy miasta. To tu mieszczą się sklepy najdroższych domów mody i tu jest dom handlowy Galleria Umberto I. Restauracji nie ma zbyt wiele, ale jest kilka barów, w tym słynne Gran Caffè Gambrinus, dbające o podniebienia neapolitańskiej elity od 1860 roku. To dziś jedno z ostatnich miejsc, gdzie kelnerzy niezmiennie obsługują w białych frakach i czarnych muszkach. Dlatego niech was nie dziwi, że za kawę zapłacicie tam nie 1 czy 2, a aż 4,5 euro. A teraz porównajcie to z cenami w waszej ulubionej kawiarni. Niestety pomimo sporego wyboru win i innych alkoholi łez Jezusa w ofercie nie mają.
Nie inaczej jest w sąsiednim, równie utytułowanym i równie mocno wpisanym w tkankę miasta, choć bardziej egalitarnym barze Del Professore. Tu kelnerów nie ma w ogóle, jest samoobsługa i emocjonujące rozmowy na stojąco. Za to kawa kosztuje 1 euro, no chyba że ma być „specjalna”, czyli z wkładką – wtedy 1,9 euro. Co jest tą wkładką, musicie sprawdzić sami.
Jako że lacrymy też nie było, zamówiłem właśnie kawę z wkładką i przy barze zapytałem, gdzie dziś bywa elita Neapolu czy szerzej, Włoch – gdzie oni, tam na pewno i lacryma christi. Odpowiedź mnie nie zaskoczyła. Barman wskazał brodą w stronę drugiego brzegu Zatoki Neapolitańskiej i powiedział: szukaj tam, na Amalfi albo na Capri.
Pradzieje w rytmie Pink Floyd
Następnego dnia z rana wsiadam w auto i ruszam w stronę Amalfi, ale najpierw chcę odwiedzić Pompeje – zobaczyć zaginione miasto, ale i owe winogrady nasadzone przez Antonio Mastroberardino. Ruiny robią kolosalne wrażenie. Dużą w tym rolę ma górujący nad nimi wulkan, z jednej strony żywiciel i twórca terroirystycznych siedlisk, z drugiej bezwzględny zabójca. Zaplanowany na trzy godziny spacer pośród pozostałości zamienia się w całodniowe zwiedzanie. Z każdym krokiem, z każdym odwiedzonym obiektem zauważam, że mieszkańcy Pompejów, choć chodzili po naszym świecie prawie dwa tysiące lat temu, właściwie wcale nie różnili się od nas. Odwiedzam ich domy i nagle dociera do mnie, że upadek miasta to nie zapis w Wikipedii, tylko tragedia konkretnych, znanych z imienia osób. Wizytę kończę tam, gdzie wbrew pozorom docierają tylko nieliczni z odwiedzających – przy Wielkim Amfiteatrze. Gdy do niego wchodzę, w uszach brzmi mi intro do Echoes Pink Floyd, oczywiście w wersji koncertowej, z tego dziwnego koncertu bez publiczności. Wrażenia dopełnia wystawa w podziemnych korytarzach poświęcona temu projektowi. O dziwo, nie ma tam słowa o solowym, zarejestrowanym tutaj koncercie Davida Gilmoura z 2016 roku. Czyżby komuś nie przypadła do gustu brawurowa solówka do Comfortably Numb?
Wizyta zrobiła na mnie takie wrażenie, że zapomniałem o winie. Przypomnę sobie o nim dopiero w nieodległym Salerno. Tam zmęczony i w jakiś sposób wypalony emocjonalnie zacząłem szukać miejsca na kolację. Marzyło mi się coś lokalnego. Za radą lokalnego policjanta trafiłem do położonego na obrzeżach starego Salerno Piatto di Vino. Już nazwa (Talerz i wino) sugeruje, że powinno być dobrze. Lokal wygląda jak z pocztówki czy może z instagramowego posta agencji turystycznej. Jest wciśnięty w zaułek wąskiej uliczki, tuż przy ścianach pokrytych ni to freskami, ni muralami przedstawiającymi widok miasta od strony morza. Stoliki i krzesła pomalowane na ten niezwykły lazurowy kolor typowy dla śródziemnomorskiego nieba w pogodny dzień. Do tego te pierwsze przykryto błękitną ceratą. O, i menu ręcznie pisane na zeszytowych kartkach w kratkę. Zamówiłem gnocchi w sosie na bazie lokalnego sera i pomidorów, bruschettę ze smażonymi ząbkami czosnku i danie z makaronem w sosie z oliwek, pomidorów, kaparów i klopsików rybnych (chyba); do tego podane w szklankach białe wino domu – podobno fiano. Nie, lacrymy nie ma. Ale w droższych knajpach, bardziej gdzieś pomiędzy Amalfi i Positano na pewno dostanę. Tak przynajmniej zapewnia mnie kelner. Jedzenie jest świetne, a wino – nie wiem, czy za sprawą ciepłego kwietniowego wiatru, czy bagażu emocji – smakuje doskonale.


Rabian, istockphoto.com; winnica we współczesnych Pompejach z widokiem na Wezuwiusz, fot.Kimberly Skirha, istockphoto.com
Dolce vita bez wina
Rano ruszam do Amalfi. To miasto fascynuje mnie z co najmniej trzech powodów. Pierwszym jest jego historyczne dziedzictwo. Na przełomie pierwszego i drugiego tysiąclecia naszej ery było niezwykle bogatą i prężnie się rozwijającą republiką handlową. Wykorzystując jego dogodne położenie, amalfitańscy kupcy nawiązywali kontakty handlowe z potężnym Bizancjum, Egiptem, a nawet odległymi portami Lewantu. Sprowadzali cenne towary – przyprawy, jedwab, dywany i metale szlachetne, które następnie dystrybuowali w Europie Zachodniej. W tamtym czasie takie późniejsze handlowe imperia, jak choćby Wenecja, mogły jedynie zazdrościć Amalfi zamożności i pozycji w kupieckim świecie.
Jego średniowieczna potęga wynikała nie tylko z prężnego handlu, lecz także z innowacji w dziedzinie prawa morskiego. To właśnie temu miastu przypisuje się stworzenie w XI wieku Tabulae Amalfitanae (Tablic z Amalfi), jednego z pierwszych kodeksów morskich, który przez stulecia wyznaczał standardy żeglugi w regionie Morza Śródziemnego. Rozkwit miasta manifestował się w imponującej architekturze, a katedra św. Andrzeja, z jej charakterystycznymi wpływami arabsko-normańskimi, stanowiła symbol bogactwa i prestiżu republiki. W okresie renesansu miasto zaczęło tracić swoją pozycję, przegrywając z położonymi bardziej na północ miastami, jak Wenecja i Genua. Nie bez znaczenia okazały się też zmiany w szlakach handlowych i potęga nowych mocarstw morskich operujących na Atlantyku. Niemniej jednak, miasto nadal prosperowało lokalnie, zwłaszcza dzięki produkcji papieru.
Drugie, co mnie fascynuje, to zdolność odradzania się. Trudno w to uwierzyć, ale w XIX wieku Amalfi było zapyziałą dziurą – mieściną ledwo wiążących koniec z końcem rybaków i rzemieślników. O rolnikach trudno mówić, bo malownicze klify, dziś codziennie fotografowane przez tysiące turystów, a potem zalewające kanały w social mediach zwyczajnie uprawie nie sprzyjają. Wyjątkiem są tarasowo usytuowane sady z cytrynami. Musi być im tam naprawdę dobrze, bo rodzą owoce wielkości głowy dziecka.
I pewnie Amalfi, podobnie jak wszystkie miasta regionu tkwiłoby w tym rzemieślniczo-rybackim sosie, gdyby nie grand toury w XIX wieku. Przypomnę: pod tą dziś spopularyzowaną przez Clarksona i ekipę nazwą kryje się specyficzne zjawisko kulturowo-socjologiczne polegające na ponownym odkrywaniu przez światowe elity włoskiego dziedzictwa kulturowego. Podczas tych wypraw, podróżnicy (wtedy jeszcze nie turyści) zwykle odwiedzali kluczowe miasta i regiony o bogatej historii i kulturze, z ciekawymi dziełami sztuki. Obowiązkowymi punktami były Rzym z jego antycznymi ruinami i chrześcijańskimi zabytkami, Florencja – kolebka renesansu i skarbnica dzieł sztuki, Wenecja z jej unikalnymi kanałami i architekturą, a także Neapol i okolice z ruinami Pompejów i Wezuwiuszem oraz oczywiście Wybrzeże Amalfitańskie.
W różnych okresach bywali tam m.in. Henrik Ibsen (napisał tu część Nory, czyli domu lalki), John Steinbeck (jego esej rozsławił Positano), Gore Vidal (mieszkał w Ravello przez dekady), Tennessee Williams, D.H. Lawrence. Dodajmy do tego Richarda Wagnera, który w 1880 roku odwiedził inne z miast wybrzeża – Ravello. Zachwycony ogrodami Villa Rufolo, znalazł tam inspirację do stworzenia magicznego ogrodu rycerza Klingsora w swojej operze Parsifal. Ravello do dziś słynie z festiwalu jego imienia.
Prawdziwą popularność o światowym zasięgu region zyskał tuż po II wojnie światowej. To wtedy, w czasie boomu gospodarczego lat 50. w świat wyruszyła idea la dolce vita. Za sprawą publikacji prasowych region stawał się symbolem elegancji, słodkiego życia i tego wszystkiego, co stało w opozycji do zapracowanych i będących w ciągłym pędzie miast Ameryki. Dodajmy do tego kilka hollywoodzkich produkcji i, a może przede wszystkim, rozkwit masowej turystyki i zrozumiemy, jak ubogie rybackie wioski stały się jednymi z najpopularniejszych, ale i najdroższych atrakcji turystycznych świata. Przy okazji stając się królestwami komercji.
I to jest ten trzeci element, za który podziwiam Amalfi i jego mieszkańców – umiejętność adaptacji miasta czy raczej jego mieszkańców do nowych okoliczności. I oczywiście wychwytywanie każdej pojawiającej się okazji.


Podróż jak z obrazka
Do Amalfi ruszam zaraz po porannej kawie. Nawigacja pokazuje 30 kilometrów i ponad 67 minut – średnia prędkość nie przekroczy 30 km/h. Podróż zajmuje nam cztery razy dłużej, a po drodze wyprzedzają nas rowerzyści. I nie chodzi o to, że jadę z prędkością pieszego – powodem są niezliczone postoje na zdjęcia czy na zwykłe cieszenie się widokami. Często przystaję nawet nie co kilometr, a co kilkaset metrów. Bo 1000 metrów to tam daleko – dwa piękne miasta Maiori i Minori dzieli na przykład 950 metrów. A miast na wybrzeżu jest 13. Odwiedzę ponad połowę z nich, w tym samo Amalfi. Będę w eleganckich butikach i w podrzędnych spelunkach. Zahaczę o sklepy z „produktami regionalnymi” i przynajmniej o jedną sieciówkę.
O lacryma christi nikt nawet nie chce rozmawiać. Wyjątek stanowi kelner o rysach zdradzających jego dalekowschodnie pochodzenie, a pracujący w jednej z licznych knajpek usadowionych przy samej plaży. Jego odpowiedź mnie nie zaskakuje: – Tu się pija drinki albo Cristala, ewentualnie może być Bollinger. I to zawsze na butelki, nigdy na kieliszki. Z ciekawości rzucam okiem do menu, cena tego pierwszego jest czterocyfrowa i to w euro. Takie miejsce, tacy goście, takie budżety. Książę Dino di Cessi by się tutaj odnalazł, choć czy na pewno? Pozostaje jeszcze kwestia gustu.
Widokowo Amalfi, podobnie jak inne miasta wybrzeża, zachwyca, ale najlepiej wygląda z oddalenia, z bezpiecznego dystansu. Do tego nie naraża odwiedzającego na małe nieprzyjemności, jak parkingi po 15 euro za godzinę czy kawa po 8, a często i 10 euro za filiżankę. Warto brać to pod uwagę, szczególnie gdy podróżuje się po regionie autem.
Tak ustawione ceny sprawiają, że większość gości nie zostaje na noc. Toteż po dwudziestej miasta powoli milkną, przynajmniej wiosną. Czas, gdy będą żyły całą dobę, to dwa krótkie wakacyjne miesiące. Ale wtedy ceny będą jeszcze wyższe i choć wydaje się to niemożliwe, tłum odwiedzających jeszcze zgęstnieje. Toteż oferta gastronomiczna zostanie powiększona, może wtedy lacryma christi trafi do kart. W końcu kiedyś pijano ją tu regularnie.
Jeszcze ostatnie zdjęcia Positano robione ze słynnego punktu widokowego przy zachodnim wyjeździe (czy też przy via Marconi, jak to miejsce oficjalnie się nazywa) i ruszam w stronę kolejnej miejscowości. Już sama jej nazwa w moim pokoleniu rozbudza wyobraźnię, przecież wszyscy wychowaliśmy się na utworach Anny German: Sorrento! To tylko 15 kilometrów dalej, ale przejazd wymaga przecięcia całego półwyspu z południa na północ. Znów trwa to ponad godzinę i owocuje setką zdjęć z okładem. Te miejsca naprawdę pozwalają nakarmić oczy. Później dowiem się, że miałem wyjątkowe szczęście, bo w kwietniu trafiła się pogoda jak w czerwcu, tłumów nie było, a i ceny pozasezonowe. Co niestety nie oznacza, że niskie.
Sorrento robi lepsze wrażenie niż mocno przereklamowane miejscowości z drugiej strony półwyspu. Sprawia wrażenie co prawda nastawionego na turystę, ale jednak żyjącego miasta. Łatwo to zauważyć, wystarczy oddalić się od ścisłego centrum na odległość pięciominutowej przechadzki. Samo centrum jest kameralne i podczas trzydziestominutowego spaceru można je przejść wzdłuż i wszerz. Ceny w restauracjach też rozsądniejsze. Kolację jem w bardzo popularnej, nagrodzonej sztućcami Michelina Ristorante Zi ‘Ntonio. Mają tam autentyczną kuchnię regionu z lekkim twistem. Jest też imponująca karta win. O dziwo, dominują etykiety z Piemontu i Toskanii, a nie lokalne. Pytam, czemu tak. Odpowiedź identyczna, jak ta usłyszana w portugalskim Algarve czy na greckich wyspach. Klient zamawia to, co zna, a że u nas wielu gości z Ameryki i z Wielkiej Brytanii, to mamy takie wina, jakie oni chcą pić. O barolo i chianti słyszał każdy, a o falanghinie nie słyszał nikt. Ja słyszałem, więc zamawiam. A dokładniej – budżetowe Falanghina del Sannio DOC Mastroberardino – od tych Mastroberardino. W Polsce wino kosztuje około 50 zł, a swego czasu było w ofercie Lidla. Na miejscu znacznie więcej, ale warto. Do owoców morza pasuje idealnie. Spora cytrynowa kwasowość, czysty cytrusowy owoc pomieszany z sokiem jabłkowym, dobra koncentracja i wysoka aromatyczność, czego chcieć więcej. Przy rachunku ponownie pytam o łzy Chrystusa – dlaczego nie ma ich w karcie. Tym razem odpowiedź jest krótka i zwięzła: – Bo nie rotuje.
Przed udaniem się do hotelu odwiedzam jeszcze zlokalizowany w centrum miasta supermarket. Sklep wygląda jak marzenie smakosza. Sama lada z serami ma chyba z sześć kroków, podobnie jak stoisko z wędlinami. Liczba rodzajów oliwek na wagę przyprawia o zawrót głowy. Oczywiście jest i imponujący regał z winami. Po jednej stronie czerwone, a po drugiej biele i róże. O dziwo, lokalnych (znów) niewiele, może z 15 etykiet. Z tym że tu dominują Veneto i Sycylia. Ma być korzystnie cenowo, to jest. Tego, czego szukam, nie ma.

Śladami Jackie
Kolejny dzień spędzam na kawałku wystającej z morza skały, czyli wyspie Capri. Dostać się na nią jest niezwykle łatwo, wystarczy kupić bilet na odpływający co 30 minut prom. Rejs trwa kilkadziesiąt minut, a podczas niego można podziwiać górującego nad Neapolem Wezuwiusza i Półwysep Sorrentyński.
Wyspa jest mniejsza niż oczekiwałem – z grubsza to sześć kilometrów na niecałe dwa – w pół godziny można przejść z jednej strony na drugą. Ale rzeczywiście urocza, by nie powiedzieć, nierealnie, cukierkowo wręcz piękna. Idąc z placu Piazzetta di Capri (łatwo się tu dostać szynową kolejką linową wprost z portu) w stronę punktów widokowych na Faraglioni (słynne wystające z wody przybrzeżne nagie skały) łatwo zrozumieć, dlaczego Jacqueline Kennedy Onasis uczyniła z Capri swoje ulubione miejsce na wakacje. Dziś już wiemy, że to jej zdjęcia, często boso, w prostych lnianych bluzkach i wąskich spodniach do połowy łydki (później nazwanych właśnie „spodnie capri”) sprawiły, że najbardziej możni i wpływowi zaczęli spędzać tu lato.
W odpowiedzi na to, na wyspie zaroiło się od butików z najdroższymi ciuchami świata i ekskluzywnych restauracji. Wiele z tych lokali umieszcza przed wejściem stojaki ze zdjęciami znanych i lubianych, którzy w nich jadali. Podczas kilku minut spaceru zobaczyłem, gdzie bywa Bono, gdzie przychodziła Elizabeth Taylor czy gdzie na makaron z krewetkami wpada Mick Jagger. Czy w tych miejscach są łzy Chrystusa, nie wiem – brakło mi odwagi, by przekroczyć te wysokie progi. Zamiast tego wypiłem kawę z papierowego kubka, siedząc na murku fontanny i podziwiając karnie ustawione w rzędzie łodzie. Czemu z papierowego kubka, a nie przy stoliku? Bo kawa na wynos kosztowała 5 euro, a do stolika 15.
Zaoszczędzoną kwotę wydałem na wstęp do Ogrodów Augusta. I powiem wam, że z całą pewnością widoki, jakie się z niego roztaczają są w ścisłym top 10 najpiękniejszych, jakie widziałem. Aby obraz był pełniejszy: w tym podziwianiu towarzyszył mi jeszcze zapach ulatniający się z małego kartonika zroszonego perfumami. Wręczyła mi go niezwykle miła hostessa, gdy mijałem siedzibę jednego z najbardziej znanych domów perfumeryjnych – legendarnej Carthusii. Dla kogoś, kto kocha wąchać świat, doświadczenie niezwykłe jak zapach, którym ów kartonik skropiono.
Na prom powrotny wszedłem z oczami pełnymi piękna i z pustym brzuchem. Na szczęście rejs nie trwał długo.
W duecie taniej
Wracam do Neapolu. Szybko oddaję auto na stacji Napoli Centrale. Teraz mam dwie godziny, żeby dostać się na lotnisko. Autobus odjeżdża co 15 minut, a jedzie 20 minut, zostało mi jeszcze 90 minut na ostatni spacer i zakupy. Chwilę kontempluję szyld podłego hotelu Mignon, w którym w jednym z sezonów Gomorry mieszkał Nieśmiertelny, a potem udaję się na drugi koniec placu. Jest tam sklep MD. Kiedyś kupowałem tam oliwki i zapamiętałem, że mają maszynę do pakowania próżniowego. Znów zatem kupuję do domu (oliwki, nie maszynę), poza tym parę plastrów mortadeli z pistacjami i kilka rogalików do zjedzenia w samolocie. W domu czeka pusta lodówka. Po zakupach jeszcze czas na kawę, siadam pośrodku straganów z podrabianymi ciuchami, na rogu mały sklep ogólnospożywczy, taki z obsługą i ladą. Za ladą półki z alkoholem, głównie destylaty, ale też kilka win. I tak, dwie z nich to lacryma i to od Mastroberardino. Oczom nie wierzę. Biała i czerwona. Pytam sprzedawcę, dlaczego ma te butelki na półce. Na co on, o wyglądzie kogoś z Indii lub Bangladeszu odpowiada, że on się na winie nie zna, w ogóle nie pije, religia zabrania. Ale jak naście lat temu przejmował sklep, to były jakieś tam wina i on wciąż zamawia te same, bo się dobrze sprzedają, i że jak kupię obydwie flaszki, to w komplecie będzie o 1 euro taniej, czyli w sumie 36 euro. Oczywiście kupuję.
***
Wina otwarłem już w Polsce. Obydwa są pyszne, nowoczesne, lekkie, z wyraźnym akcentem owocowości. Wręcz antyteza tego, co serwowali nam producenci za namową Parkera. W obu wypadkach jest lekko, białe ma delikatną kwasowość i fajny żółty owoc z cytrusowym podbiciem. Do tego ładna koncentracja, co daje mu duże możliwości gastronomiczne.
Czerwień bardziej kwasowa, ale też skupiona na owocu, choć w dalekim tle daje się wyczuć lekkie dymne nuty i lekką krzemienną mineralność. Taniny sporo, ale jest bardzo ładnie zaokrąglona. Idealna do lokalnej kuchni okolic Neapolu.
Degustacja przyniosła mi chyba odpowiedź na pytanie, dlaczego te wina znikły. Jest ona niezwykle prosta: zachowując swój lekki charakter, nie pasowały do tego, co w ostatnich dwóch dekadach było modne, do win przeładowanych, napakowanych, korzennych wręcz. Dziś wraz ze zmianą gustów krytyki i odbiorców jest szansa na renesans łez Chrystusa. A wy, gdy się trafi okazja, sięgajcie po nie śmiało. 
Wybrzeże Amalfitańskie:
jeśli nie auto, to co?
Jedną z alternatyw jest w miarę pewna i bardzo tania komunikacja publiczna. Pomiędzy miastami wybrzeża kursują autobusy, a całodzienny bilet open kosztuje 10 euro. Na zwiedzenie każdej z miejscowości nie potrzeba więcej niż 3–4 godziny. Ci o zasobniejszych portfelach mogą wybrać wycieczkę jednym z licznych promów pływających pomiędzy miastami. Widoki inne niż te z szosy „Amalfianki”, ale równie piękne.
