
Tam, gdzie lokalność ma wiele twarzy
Udostępnij artykuł
Pamiętnik z tegorocznych wakacji zapisałem po włosku. Plan był ukierunkowany na odpoczynek, ale jak się jest w kraju cudownego wina, to wielkim nietaktem byłoby nie skorzystać z okazji i nie odwiedzić kilku winnic.
Włosi mają szczęście. Klimat ewidentnie im sprzyja, a wielowiekowa tradycja uprawy winorośli i dojrzała już kultura winiarska to coś, czego nie da się przecenić. Kulinarnie to również raj na ziemi. Wiatr pachnie tu truflami, bazylią i oliwą.
Regiony, mimo że tak pięknie różnią się od siebie, mają jednak wspólny mianownik. Każdy oferuje coś wyjątkowego, coś lokalnego, coś pysznego – zarówno pod względem wina, kuchni, jak i tradycji. Łatwo ulec wrażeniu, że Włochy to po prostu magiczna kraina.
Dla mnie winiarska Italia jest wyjątkowa z wielu powodów. Winami z Półwyspu Apenińskiego zachwycam się niemal od zawsze, ale dopiero teraz, gdy lepiej poznaję ludzi tam mieszkających, im bardziej chłonę lokalne tradycje i kulturę, po prostu im więcej czasu tam spędzam, tym lepiej rozumiem wina, które tam powstają.
Zachwyca mnie ich różnorodność – bo Włochy to nie jeden kraj, lecz mozaika mikroświatów, każdy z własnym terroir. To właśnie ta ulotna dusza miejsca jest tak fascynująca. Mnogość odmian, stylów produkcji i kultur, która nie ma odpowiednika nigdzie indziej na świecie, jest dzisiaj w moim przekonaniu największą siłą napędową włoskiego winiarstwa. Od alpejskich stoków Trydentu, przez wapienne wzgórza Toskanii, aż po wulkaniczne ziemie Sycylii – każdy region ma własną specyfikę, smak i duszę.
Piękno Italii wybrzmiewa również w tym, że wino rzadko bywa oderwane od codzienności – pije się je do jedzenia, z ludźmi, w rytmie dnia. Ta codzienność może być wzniosła, uroczysta, radosna czy bezpretensjonalna – nie ma to żadnego znaczenia, bo tu wino zawsze doskonale się komponuje. W moim odczuciu tutejsze wino to bezsprzecznie część większej perspektywy, to bardziej element kultury niż produkt sam w sobie.
Lokalność we włoskim winiarstwie także przyjmuje różne formy. Potrafi być jak mglisty poranek w Piemoncie albo jak lekkie popołudnie w Treviso.
Dla przykładu: Barolo i Barbaresco – dwie słynne apelacje z Piemontu, gdzie niepodzielnie króluje szlachetne nebbiolo. Te wina nie starają nam się przypodobać za wszelką cenę. Nierzadko są mocne, surowe, szorstkie w młodości. Ich tajemniczość i powściągliwość wymagają cierpliwości i pokory, ale z czasem otwierają się jak piękna opowieść – finezyjne, wielowarstwowe, elegancko pachnące truflą i lasem. Są dostojne i wyważone.
Z kolei prosecco to zupełnie inna nuta włoskiego terroir. Z jednej strony nadal kwintesencja dolce vita, z drugiej zaś przeniesienie do kieliszka subtelności i finezji. Popularność i dostępność prosecco nie oznacza, że jest mniej lokalne od swoich piemonckich kuzynów. Wręcz przeciwnie – na przykład to z regionu Conegliano Valdobbiadene powstaje w bajkowej scenerii regionu wpisanego na listę światowego dziedzictwa UNESCO, na niezwykle stromych wzgórzach, gdzie codzienna, ciężka, ręczna praca w winnicy to konieczność, a nie wybór. To również wino z duszą, które opowiada historię o tym, że świeżość, lekkość i terroir mogą iść w parze z elegancją.
Regionalność w winie nie zawsze znaczy to samo – czasem objawia się jako monumentalna historia, innym razem jako radosna codzienność w bąbelkach. I może właśnie to jest magią włoskiego winiarstwa: ono nie musi wybierać między głębią a lekkością, między wyrafinowaniem a codziennością, bo lokalność ma tu wiele twarzy. 
