
Trzy lata później
Udostępnij artykuł
Możliwe, że najwierniejsi czytelnicy „Trybuszona” pamiętają nierówną walkę, którą stoczyłem z AI (to się chyba nazywa „model językowy”?), odpytując ją na okoliczność polskiego winiarstwa.
Poszło gładko. Przyparta do muru „sztuczna” wykazała się niebywałą kreatywnością: a to lokując Płochockich pod Darłowem, a to przenosząc Winnicę Turnau do Mściszewic, gdzieś „niedaleko Kołobrzegu”. Sypała „faktami” niczym bogu ducha winna ofiara FSB.
Na stole schłodzony pét-nat, upał zelżał – akurat, żeby dotrzymać złożonej kiedyś obietnicy i w towarzystwie Pirxa i Terminusa odnieść kolejny, malutki, ale jednak tryumf człowieka nad maszyną. Google Maps w przeglądarce, pét-nat w kieliszku – zaczynajmy!
Pierwsze, powtórkowe pytanie: – Czy Polska jest krajem winiarskim? Żadnego bulgotania, mielenia – odpowiedź jak spod igły, z folderu Polskiej Organizacji Turystycznej. Już nie dawne „może być uznawana”, nie jakiś mglisty „specyficzny styl”. Konkrety: rosnący areał i liczba winnic, coraz lepsze biele i musy, vinifery i hybrydy – wszystko było. Mnie za to opuścił ironiczny nastrój. Terminus wykorzystał te trzy lata lepiej niż ja.
Poprawiam się w fotelu, biorę łyk pét-nata, podwijam rękawy, palce na klawiaturę… – Jakie winnice położone są nad Bałtykiem? Tym razem „śtucno” – jak mawia Łukasz Klesyk, nasz sekretarz redakcji i góral niskopienny – nawet nie udawała, że myśli. – Jeśli przez „nad Bałtykiem” rozumiemy winnice rzeczywiście położone blisko wybrzeża, a nie po prostu na Pomorzu, dobrymi przykładami są…
Wytężam wzrok, pełen nadziei szukam Winnicy Turnau w Mściszewicach i Płochockich pod Darłowem. Jest Darłowo! – Winnica Szubert – kilka kilometrów od centrum Darłowa, Winnica Veneda – w Wodnicy koło Ustki, kilka kilometrów od wybrzeża. Aj, zabolało! Sprawdzam oba tropy, wszystko się zgadza: jest lokalizacja, są widoczne nasadzenia, wino i całkiem fajne etykiety. Przez chwilę przeżuwam gorycz jeszcze nie porażki, ale dyskomfortu. Czas na prawdziwą konfrontację!
Tracąc grunt pod nogami i z lekka skonfundowany, knuję plan. Ponoć algorytmy mają pewną słabość: lubią, jak jesteśmy zadowoleni, nawet za cenę konfabulacji. A że człowiek często bezrefleksyjnie w nie wierzy, interes wokół AI się kręci. Czas na małą prowokację.
– Co myślisz o Solarisie Sur Lie 2018 z Winnicy Jakubów, tym robionym w kwewri? Zacieram ręce, czekam na długotrwałe bulgotanie algorytmów, cyfrowe stęknięcia i drapanie się po wirtualnej głowie. Dawaj mi tu suszone morele, herbaciane taniny, złożoną strukturę i mineralność! Nic z tego: – Przepraszam, zapaliła mi się lampka, bo nie znajduję potwierdzenia, że Solaris 2018 z Winnicy Jakubów był winem sur lie robionym w kwewri. Co jest?! Odstawiam kieliszek, jakoś tracę ochotę na kolejny łyk pét-nata. – Solaris 5, 2018 Michała Pajdosza był bardzo słodkim winem z późnego zbioru, z udziałem botrytis. Opisy z czasu jego premiery podają około 200 g/l cukru resztkowego i ponad 8 g/l kwasowości.
„Żarty się skończyły” – myślę sobie i odpuszczam pytania o sensorykę. Trzy lata temu Terminus nie wiedział, gdzie leży Darłowo. Dziś odróżnia solarisa od kwewri i nie daje sobie wmówić istnienia wina, którego nie ma i nie było. Cholera wie, co będzie za kolejne trzy lata.
Wyłączam komputer, wracam do pét-nata i prawie na głos myślę: „Dobra cwaniaczku, sporo wiesz, ale pét-nata – przynajmniej na razie – piję ja!”.
