
Podróżuj bardziej
Udostępnij artykuł
Od początków „Trybuszona” stosujemy tę figurę retoryczną, sygnując nią teksty mające zabrać czytelników w mniej lub bardziej winiarskie peregrynacje. Być może niektórym umknęła przewrotność tego oksymoronu – celowej deformacji normy, zwanej ponoć w języku reklamy sloganem eliptycznym lub „dziurawym”. I jak marketerzy liczą na to, że zaangażowany klient dopowie sobie brakujący element frazy, tak my mamy nadzieję, że czytelnicy uzupełnią sobie nasze artykuły swoimi podróżniczymi doświadczeniami.
Podobnej przewrotności brakuje mi trochę w tytule innej, stałej sekcji naszego kwartalnika – panelu degustacyjnym. W porównaniu z poprzednim jest to tytuł wręcz prostacki, jednoznacznie wskazujący i pozbawiony jakiejkolwiek magii czy choćby tajemniczości. Ot, spotkali się, spróbowali wina, posiorbali, pogadali, przegryźli pasztetem i tyle – zero romantyzmu, szara rzeczywistość degustatorów i redaktorów pism branżowych. Niby tak, ale nie do końca.
Oczywiście, z punktu widzenia szeregowego winopijcy perspektywa zdegustowania na przykład 30 próbek w ciągu trzech godzin brzmi niezbyt atrakcyjnie. Profesjonalni degustatorzy, którzy mają 6 minut (brutto, w tym czas na serwis), aby ocenić i opisać wino, też czasem utyskują. Utyskują, ale w skupieniu piszą do czytelników swoje „kartki z podróży” (czy ktoś jeszcze wysyła pocztówki z wakacji?) – zapis chwil, wrażeń, czasem zauroczeń, a czasem rozczarowań. Bo tak, nawet jeśli ta wyprawa trwa tylko sześć minut, jest jedyną w swoim rodzaju podróżą w czasie i przestrzeni, i to wielowymiarowej.
Taka podróż – oby dłuższa niż panelowa – „nie zna granic, ni kordonów”. Łyk wina ma moc przenoszenia w czasie, błyskawicznej teleportacji, transferu wszystkich zmysłów w rejony, w których byliśmy lub chcielibyśmy być. Parę chwil kontemplacji i zaczynają się otwierać kolejne szufladki w wielkim kredensie naszych doświadczeń, gdzie to, jak było miesza się z tym, jak mogłoby być. Co ciekawe, rutyna degustacyjna nie przeszkadza w takim podróżowaniu – po prostu paneliści sprawniej na taką ekskursję wyruszają, a doświadczenie wspiera ich w roli „pilota wycieczki” zapraszającego czytelników do podążania ich śladami.
Bez odprawy na lotnisku, bagażu czy paszportu; w wygodnym fotelu lub na tarasie z przyjaciółmi; w chwili dobrej, albo dobrej inaczej – wystarczy moment, przymknięcie oczu, odrobina uważności i… już nas nie ma. Wyruszamy w wielowątkową podróż – czasem jest to krótki, nie do końca udany wypad za miasto, a czasem wyprawa życia z tysiącem przygód. Bo takie jest właśnie wino, jak proustowska magdalenka, a może jak pudełko czekoladek z mądrości mamy Forresta Gumpa – nie wiesz, co czeka cię za następnym zakrętem, za kolejnym wzgórzem. Wiesz tylko, że nie przejdziesz mimo obojętnie.
Że niby zbyt wzniośle, zbyt metaforycznie, nadmiarowo? Możliwe – ale zawsze można wrócić na ziemię i „spotkać się, popróbować, posiorbać, pogadać i przegryźć pasztetem”. Tak też jest pięknie. 
