
Mamy to!
Udostępnij artykuł
Więcej dnia, więcej słońca, więcej wszystkiego. Lato u bram, a wraz z nim obietnica obfitości, ciepłego spokoju, zapachu wakacji i uroków nicnierobienia. Nieważne, że obietnica z reguły pozostaje jedynie obietnicą, w której spełnieniu przeszkadza – jak zwykle – skrzecząca rzeczywistość.
Dłuższe dni i nastrój wakacyjnego pobudzenia zaostrzają apetyt na życie. Optymizm płynie w naszych żyłach niczym życiodajne soki w krzewie ugni blanc, a świat wydaje się piękniejszy i jakby nieco łatwiejszy do zdobycia. W takim nastroju mnożymy kolejne – po noworocznych – postanowienia. Drobne, ale rzecz jasna zaległe naprawy domowe, podreperowanie umęczonych przednówkiem ciał, porządkowanie garażu / spiżarni / garderoby (niepotrzebne skreślić) – to chyba najbardziej typowe obszary, na których koncentruje się nasza uwaga.
Nie chcąc pozostawać poza głównym nurtem, poddałem się owemu wzbudzeniu, ale zamiast porządkowania życia osobistego i jego przyległości, na tapet wziąłem sprawy redakcyjne, a przede wszystkim coś, co najmocniej elektryzuje wszystkich wydawców na świecie – deadline. Słowo, które nawet niewypowiedziane, niedomyślane do końca, powoduje nagły adrenalinowy strzał zginający człowieka wpół.
Gdy na redakcyjnym komunikatorze, na osiem tygodni przed naszym zwyczajowym terminem napisałem: „A może byśmy tak spróbowali napisać nasze kawałki już teraz?”, Sekretarz Łukasz zareagował błyskawicznie, pisząc: „Stachanowski pomysł, ale niegłupi”, czym dorzucił do pieca motywacji.
Nie ukrywam, że miałem pewne oczekiwania. Brak czasowej napinki brzmiał ze wszech miar atrakcyjnie. Namysł nad tematem i jego wybór, domyślenie struktury tekstu, pierwsze otwierające zdanie (można też zacząć od puenty, a potem pisać z dołu do góry) – i wszystko to bez presji terminu, na luzie? O taki komfort pracy redakcyjnej walczyliśmy! Do tego kolejny luksusowy dodatek: drobnoziarniste szlifowanie zdań, dobór fraz, dopracowana (jakże przecież ważna) interpunkcja. A potem jeszcze zmagania z Sekretarzem Łukaszem („…o co ci tutaj chodziło?”) oraz docinanie tekstu, żeby poza pole zadruku nie wypływał. Ech!
Udało się! Tekst powstał w nieznanym mi wcześniej reżimie. Spokojnie, bez dodatkowej pobudzającej kawy, na luzie i z przyjemnością. Nawet kursor na ekranie pulsował jakby wolniej – dostosował się, skubaniec.
Ale chwilę później ogarnął mnie lekki niepokój, jakby poczucie straty. Natychmiast włączyła się także moja przekorna natura – ale jak to tak, bez adrenalinki? A może nadmiar czasu demobilizuje, rozprasza i zamiast pomagać, staje się rodzajem pułapki? Może jest tak, że nie ma redakcyjnego życia bez deadlinowego sprintu, bez skoków ciśnienia, twórczej gorączkowości, bez ulgi porównywalnej do tej, którą czujemy chwilę po wyjściu od stomatologa? Czy presja czasu to wróg, czy może dobry znajomy, który pomaga „dowieźć” tekst pełen energii i napięcia, tekst bardziej autentyczny i z zadziorem?
Obiecuję, że będę szukał odpowiedzi na te pytania tuż przed oddaniem numeru do druku, ale nie obiecuję, że zdążę o tym tutaj opowiedzieć.
