
Stary Mnich ery cyfrowej
Udostępnij artykuł
Etykieta na butelce wina to trochę jak tytuł. Od tego, czy przykuje uwagę klienta bądź odbiorcy zależy, czy dojdzie do (bez względu na to, jak rozumianej) konsumpcji. Bo tak tytuł, jak i etykieta jest czymś w rodzaju obietnicy. Życie mnie nauczyło, że generalnie obowiązuje zasada: im obietnica bardziej krzykliwa, tym to, co za nią stoi ma mniej do zaoferowania. Oczywiście są od tego wyjątki.
Kilka lat temu, gdy jeszcze dyskontowe promocje rozgrzewały publiczność, na półki sklepu z owadem trafiło wino zaopatrzone w plastikową etykietę stylizowaną na metaloplastykę. Nazwy już nie pomnę, ale samą etykietę doskonale pamiętam. Niestety pamiętam też spore wątpliwości, czy warto sięgać po coś w tak kiczowatym opakowaniu. Na szczęście coś powiedziało, by sięgnąć – chyba były to entuzjastyczne recenzje z blogosfery. Wino okazało się bardzo udane i znacznie lepsze, niż zwiastowała to kiczowata metalo- (czy też raczej plastiko-) plastyka. I ta opowieść jest doskonałym potwierdzeniem tezy o wadze etykiety czy też tytułu.
Na drugim końcu tej opowieści jest słynny mołdawski Stary Mnich w worku i cała seria martwych 25-letnich grand reserv w butelkach z oplotem ze złotej nici. Na oba marketingowe triki łapią się tysiące klientów. Wiem o tym, choćby oglądając prezenty jakie otrzymują lekarze. Wręczających nie należy potępiać, bo przecież tytuł obiecywał więcej, a treści nie było dane im poznać. Słowem nacięli się na clickbait.
Są też oczywiście przykłady absolutnej spójności – bardzo fajnych win, którym towarzyszy spektakularna etykieta. Moim ulubionym jest w tej kategorii legendarny już Von Buhl Bone Dry Riesling. Więcej niż udany średniak stworzony z myślą o klubach i innych miejscach spotkań. Jego etykieta po oświetleniu ultrafioletem nabiera nowego wyrazu. Tu tytuł nie dość, że jest wicem, to jeszcze pasuje do treści.
Mówię też o tytule prasowym, bo często mam okazje czytać artykuły enotematyczne stworzone przez osoby z winem niezwiązane i najczęściej niemające pojęcia o tym, co piszą. Za to szukające kliknięć, toteż nadające swoim wątpliwym merytorycznie tekstom tytuły, których nie da się określić inaczej niż clickbait. Rzecz dotyczy pełnego spektrum publikatorów, od multitematycznych, szerokozasięgowych portali po – wydawać by się mogło – poważne serwisy specjalistyczne zajmujące się jedną dziedziną.
Niedawno na jednym z takich serwisów poświęconych rynkowi zdrowia znalazłem artykuł o alarmistycznym tytule „100 razy wyższe stężenie niż w wodzie. Niepokojące informacje o winach z Europy”. Dzięki szybkiej lekturze dosłownie kilku zdań, jakie „opracował” ktoś, kto podpisał się „BM”, dowiedziałem się, że w winie jest 100 razy wyższe stężenie kwasu trifluorooctowego niż w wodzie. Pierwsze, co mi przyszło do głowy w połowie artykułu, to o ile wyższe jest stężenie alkoholu w winie niż w wodzie, a o ile polifenoli czy kwasów winnych.
Ale to nie koniec, potem jest kolejny akapit, i znów autor czy może autorka albo osoba autorska chcą nas straszyć i piszą, że „TFA może mieć wpływ na zdrowie kobiet w ciąży i rozwój ich dzieci”. Czytam dalej i zastanawiam się, czy gdybym był w ciąży, to w ogóle sięgałbym po wino, wszak alkohol i ciąża się wykluczają i to definitywnie. Myślę też, jaki to może mieć wpływ na, z definicji niepijące, dzieci kobiety ciężarnej, powiedzmy takie w wieku 3–5 lat. Niestety artykuł na to pytanie nie przynosi odpowiedzi.
Przynosi za to odpowiedź na inne pytanie: ile tego wina trzeba wypić, żeby TFA nam zaszkodziło? Otóż: „Trzeba byłoby regularnie spożywać co najmniej 9 litrów wina dziennie, aby przekroczyć limity bezpieczeństwa”. Wybaczcie, ale jak ktoś regularnie spożywa 9 litrów wina dziennie, to kwas trifluorooctowy jest najmniejszym z jego problemów.
Zbiorczą ocenę merytoryczną pełnego tekstu sobie odpuszczam. Podobnie jak etyczną ocenę clickbaitowych tytułów w poważnych serwisach. W ramach puenty powiem tylko, że jeśli chcesz iść w trend i atakować wino, co ostatnio stało się modnym, to rób to dobrze. Inaczej nie pozostaje nic innego, jak porównać tytuł twojego artykułu do worka po Starym Mnichu.
Swoją drogą, podrzucam pomysł na Nagrodę Starego Mnicha na najgłupszy artykuł o winie. Koniecznie z clickbaitowym tytułem. 
