
(Nie)winność
Udostępnij artykuł
Podoba mi się ta – przyznaję, niezbyt wyszukana – zabawa językiem, a właściwie interpunkcją. Owa zbitka wraca do mnie za każdym razem, gdy przy samoobsługowej kasie skanuję butelkę wina i natychmiast wywołuję alert: migoczące światła, sygnał dźwiękowy i głośne wezwanie obsługi, która – z pełną powagą – weryfikuje moją pełnoletność.
Inny obraz jest jeszcze bardziej wymowny: dyskretny, nieco ironiczny gest pracownika supermarketu gdzieś w środkowym Utah, który wskazuje ukryty kantorek, gdzie zdesperowani piwosze i/lub winopijcy mogą uzupełnić
zapasy. Gdy do tego wszystkiego dorzucimy jeszcze wielokrotną weryfikację wieku przy próbie obejrzenia asortymentu na stronie importera „napojów wyskokowych” (ten termin zasługuje na głębszą refleksję!) czy chociażby „Trybuszona”, zaczynamy poruszać się w strefie, która może szara nie jest, ale na pewno leży po bardziej zacienionej stronie mocy.
Owa instytucjonalna podejrzliwość, ograniczenia i pełna kontrola stoją w całkowitej opozycji do romantycznego oblicza wina i atrakcyjnej aury, w jakiej je postrzegamy. System bowiem za nic ma emocje. Pozostaje obojętny na konteksty inne niż przepisy regulujące dostępność alkoholu i fiskalną skuteczność.
Jednak obojętność czynników oficjalnych nie sprawia, że kontekst znika. Ba – dla nas, winopijców bywa on często ważniejszy niż sam trunek. Tezę tę z entuzjazmem (a może enozjazmem) zaakceptują wszyscy ci, którym nie smakowało wino przywiezione z wakacji albo te nieco kłopotliwe flaszki, kupione na winnym festynie, w czasie którego winiarze potrafili oczarować opowieściami z winnicy i piwnicy. Opowieść jest niejednokrotnie równie ważna, jak wynik analizy sensorycznej, a dla wielu liczy się wyłącznie ona.
Tu chyba nadszedł czas, żeby samemu uderzyć się w piersi. Złapałem się na tym, że nie tylko ów festynowy „mikrokontekst” wpływał na moje wybory zakupowe. Dostrzegłem coś jeszcze: będąc uwrażliwionym na sprawy publiczne czy politykę (także w wymiarze „geo”) mimowolnie unikam win pochodzących z miejsc – mówiąc oględnie – niejednoznacznych. Tak, wiem – wygląda to trochę jak strzał w stopę, a może raczej masochizm. Wszak miejsca, które mam na myśli to źródło win wyśmienitych, często wybitnych. Ale cóż zrobić?
Serce nie sługa.
Do takiej kategorii przez ostatnie lata wrzucałem wina węgierskie. To była wyjątkowo wyrafinowana tortura. Nad Balatonem, w Badacsony, rozpoczęła się moja przygoda i przyjaźń z winem, którą cementowały liczne wizyty w Egerze, Tokaju, Villány i jeszcze kilku innych smakowitych regionach. Podróże pełne nie tylko smaku i opowieści nad kieliszkiem furminta, villányi frankosa, szekszárdzkiego bikavéra czy somlói juhfarka, ale także
emocji, wspomnień i uścisków „dwóch bratanków”. Wszystko to spoczywało w zakurzonym albumie z fotografiami, do którego zaglądałem coraz rzadziej.
Kwietniowy, wyborczy wieczór spędziłem przed telewizorem. Na stoliku nie było popcornu, był pomarańczowy zeus od Tornaia, a w miarę aktualizacji wyborczych wyników rosło we mnie poczucie odzyskiwania czegoś cennego. Uświadomiłem sobie wtedy, jakim przekleństwem potrafi być kontekst. Ale też – jak wielką radość potrafi przynieść powrót. Üdv újra, Magyarország!
