
Więcej ciszy
Udostępnij artykuł
Mijający/miniony rok obfitował w ponadprzeciętną liczbę wydarzeń o charakterze publicznym. Wszak jeszcze nie do końca opadł bitewny kurz, wciąż tu i tam łopocą różnokolorowe proporce, dają się słyszeć oratorskie popisy (rzadko majstersztyki) i czuć ogólnonarodowe wzmożenie. Mobilizacja zaiste była dobrze powyżej przeciętnej, o poziomie emocji nie wspominając.
Spory polityczne to rzecz jasna nie tylko polska specjalność, chociaż chyba tylko o Polakach mówi się, że gdzie ich dwóch, tam trzy partie polityczne, na dodatek bez zdolności koalicyjnej.
Jest jednak wspólny mianownik wszystkich występujących publicznie adwersarzy – upodobanie do wołaczy, wykrzykników i… decybeli. O tyle to dziwne, że każdy z publicznych występów jest nagłośniony niczym koncert Iron Maiden, a polityczni przeciwnicy nie muszą przekrzykiwać się nawzajem (chyba, że w telewizyjnym studio). Po prostu musi być głośno i z przytupem.
Tak obcesowy sposób manifestowania poglądów i prezentowania programów rodzi podejrzenie, że oprócz drgającej od podkręconych basów przepony i zgrzytających od przesterowanych sopranów zębów tak naprawdę niczego w nich nie ma – nie chodzi o argument i prawdę, lecz o bajer i show.
Jak nie przepadam za wykrzykiwanymi przez polityków morałami, tak nie lubię hałasu przy winnej celebrze. O hałaśliwym wystrzeliwaniu musiakowych korków w kosmos już kiedyś pisałem (w kolejce do Nagrody Megaobciachu czeka jeszcze polewanie steranych wyścigiem aut każdej formuły). Dziś wspomnę tylko, że słynnego „pyknięcia” w czasie wyciągania korka z butelki wina spokojnego też nie lubię (choć czasem przy nieuważności mi się zdarza). Swoją drogą, czy ktoś z czytelników ma jakąś zgrabną onomatopeję opisującą ten niepowtarzalny dźwięk? Chętnie skorzystam.
Harmider i zakłócanie ciszy nie odnosi się wyłącznie do zmysłu słuchu. Cztery pozostałe też narażone są na własne noise pollution. Dotyk będzie bardzo cierpiał w zatłoczonym tramwaju. Bywa, że węch w takich okolicznościach też musi mierzyć się z wyzwaniami. Wzrok? Dawno nie byłem, ale ci, którzy doświadczyli dobrodziejstwa dyskotekowych stroboskopów, wiedzą co mam na myśli.
A co ze smakiem? Ha! Tu też bywa zbyt głośno – kiedyś dodałem do krewetek o jedną papryczkę chili za dużo. No… działo się! Tak, wiem, ostrość nie jest smakiem, tylko odczuciem bólu, ale to tym gorzej.
Nie trzeba jednak sięgać po podobne ekstremum. Wino także potrafi krzyczeć – najpierw ostrzega poprzez nos: „uwaga, będzie grubo!” – obfitość gewü(u)rztraminera nie bierze jeńców – a potem w ustach zdarza się, że tanina, kwasowość, cukier czy alkohol walczą między sobą niczym politycy w czasie debaty na żywo. Zgiełk takiej potyczki potrafi zmęczyć równie skutecznie, co nocleg na parkingu przy autostradzie.
Tak więc, gdy zastanawiamy się nad istotą przebodźcowania, nie zapominajmy, że nawet coś tak – zdawałoby się – nieznaczącego, jak kieliszek wina ma swój udział w podstępnych atakach na nasze zmysły.
Stąd mój – wyszeptany, nie wykrzyczany – apel: więcej ciszy, nie tylko w publicznym dyskursie, ale także w winnym pucharze. I jeszcze życzenia: oby w waszych kieliszkach jak najczęściej gościła idealna równowaga między owocem, cukrem, kwasem, taniną i alkoholem, i oby pite wino opowiadało wam piękne historie kojącym głosem Krystyny Czubówny. 
