
2 kółka, 101 smaków, czyli odkrywamy Mazury
Udostępnij artykuł
Zwiedzanie na dwóch kółkach ma co najmniej dwie ogromne zalety: daje możliwość chłonięcia przyrody pełną piersią i pozwala uspokoić sumienie po pałaszowaniu regionalnych specjałów z agroturystyk i dań z ulubionych restauracji.
Mazury kochamy i spędzamy tam przynajmniej kilka dni w każdym roku. Kiedy gadamy z ludźmi o tej krainie tysiąca jezior, najczęściej rozmowa schodzi na słynne mazurskie miasta i piękne porty. Dookoła unosi się zapach gofrów, frytek, smażonej ryby, po które przez cały dzień ustawiają się kolejki wygłodniałych wczasowiczów. Kuszą potykacze przy knajpach oferujące dorsza XL i zimne piwo w dobrej cenie („drugie piwo gratis!”); z roku na rok otwierają się nowe restauracje z pizzą i sushi. Mijamy tłumy turystów i luksusowe samochody, wodujące spektakularne motorówki i skutery wodne. Ich kierowcy – ścigając się, kręcąc piruety na falach – są niezwykłą atrakcją dla budujących zamki z piasku dzieci, które marzą o podobnej przejażdżce.
Takie Mazury bez wątpienia przyciągają coraz więcej fanów tego typu wypoczynku, co obserwujemy podczas przemieszczania się w tych okolicach i najpewniej mają swój niesamowity urok. Jednak chcielibyśmy pokazać wam Mazury trochę inne, a raczej ich niewielki – wierzymy, że też atrakcyjny – skrawek, który spokojnie można przemierzać tak jak my, przede wszystkim na rowerach. Nasza mazurska mekka to głównie wiejskie okolice między Mikołajkami, Giżyckiem i Orzyszem. Co roku robimy tam dziesiątki, czy może nawet setki kilometrów przez lasy, wiejskie i polne drogi, podziwiając architekturę, widoki i pozostałości krajobrazów prawdziwej mazurskiej wsi. Mieliśmy wielkie szczęście poznać wspaniałych ludzi, którzy zarazili nas miłością do tutejszego klimatu, lokalnych przysmaków, wytwarzanych przez sąsiadów serów, wędlin i miodów, ale też pokazali okoliczne ścieżki rowerowe i przy śniadaniach godzinami opowiadali i o najbliższej okolicy, i trochę bardziej odległych, ale wartych zwiedzenia miejscach, które z przyjemnością wam polecimy.
Zacznijmy od najcenniejszej perełki
W naszych sercach wyjątkowo dużo miejsca zajmuje [8] Stara Kuźnia w Przykopie. Kilka lat temu, po przeczytaniu artykułu o rodzinnej mazurskiej restauracji, której ówczesna szefowa kuchni, Patrycja Wąsiakowska, brała udział w Top Chefie, oraz wysłuchaniu kilku znakomitych opinii, postanowiliśmy wsiąść w samochód i przejechać kilkaset kilometrów, żeby spróbować tamtejszych dań. Lokal działa z dala od zgiełku mazurskich miast, pomiędzy Giżyckiem a Orzyszem, jest oddzielony drogą od Jeziora Buwełno, ukryty za aleją lipową, a mieści się – jak sama nazwa wskazuje – w budynku starej kuźni. Dookoła pola, ogród, z którego kucharze zrywają zioła i warzywa, zapach paleniska, pieczonych mięs, biegające w oddali gęsi i owce. Zakochaliśmy się od pierwszego wejrzenia!



Restauracja działa sezonowo, od maja do września, od 33 lat. Początkowo specjalizowała się w baraninie, której było dookoła pod dostatkiem, karmiąc gości giuweczem (bałkańskim gulaszem) i szaszłykiem baranim z paleniska, który przez lata był tu flagowym daniem. Stara Kuźnia to rodzinna restauracja i od kilku lat rola szefa kuchni przekazywana jest pomiędzy siostrami: w nadchodzącym sezonie będzie to Weronika Wąsiakowska. Obecnie kuchnia specjalizuje się w jagnięcinie, dziczyźnie i rybach, ale coś pysznego znajdą też dla siebie wegetarianie i weganie. Bywamy tutaj od lat, często kilkakrotnie podczas jednego pobytu w okolicy, więc ich pyszności znamy bardzo dobrze, skupimy się jednak na poleceniach z ostatniej karty. Ale zanim o tym, powiedzmy, co z winami. Najprostsza odpowiedź: przede wszystkim polskie etykiety, do tego pét-naty, ale też światowe klasyki i kilka cydrów. Na początek rekomendujemy pysznego, delikatnego tatara jagnięcego z domowym majonezem, podanego z wiejskim masłem i wypiekanym na miejscu czarnym chlebem, a do niego kieliszek Mętlika – pomarańczowego Johannitera od Mickiewicza, co było idealnym połączeniem. Następnie niesamowicie lekkie, wegańskie pierogi z groszkiem i płatkami drożdżowymi w emulsji z oleju rzepakowego, do których wybraliśmy cytrusowego i kremowego Pét-Nata Seyval Blanc z winnicy Jura. Nasze wielkie tegoroczne zaskoczenie: pielmieni, ale potraktowane wyjątkowo, bo smażone w wołowym tłuszczu, dzięki czemu są idealnie chrupiące, z bardzo wilgotnym w środku, klasycznym farszem. I obecne tam od dłuższego czasu soczyste, wspaniale doprawione mielone kotlety z dzika, a do nich purée ziemniaczane i wschodnie buraczki – na zimno, z majonezem, pyzy z dziczyzną i blin karczemny, czyli gruby, chrupiący placek ziemniaczany wypełniony mięsnym farszem. Tutaj wspaniale odnalazły się doskonały różowy pét-nat ze szczepu rondo – Różowa Pantera z winnicy Jadwiga i zweigelt – lekko pieprzny Geltus z winnicy Mickiewicz.

I wreszcie najważniejszy punkt – deser. Przy nim trzeba zatrzymać się na dłużej. Aby zjeść tutejszy sernik, ludzie przemierzają dziesiątki, a nawet setki kilometrów, rezerwują ostatnie kawałki przed złożeniem zamówienia. Nie przesadzimy, jeśli napiszemy, że to najlepszy sernik na świecie. Kruchy maślany spód, kremowy, rozpływający się w ustach twaróg z mnóstwem kremówki i rozpuszczoną białą czekoladą w środku, a na wierzchu ciemna, płynna czekolada. Dla takich doświadczeń każdy jest w stanie zapomnieć o kaloriach i zgrzeszyć. Pamiętajcie o rezerwacjach!

Save water, drink wine!
Tymi słowami wita nas kolejna restauracja, [4] Barka w Prażmowie, położona, a raczej zacumowana, nad Jeziorem Jagodne. To niecała godzina drogi rowerem od Starej Kuźni, piękną malowniczą drogą, wiodącą początkowo przez lasy, a następnie wzdłuż jeziora. Pobyt tutaj to przeżycie. Stoliki z widokiem na jezioro, w oddali żaglówki, cisza i spokój, czasami zakłócane tylko przez hałasujące skutery czy motorówki. Można tu dotrzeć zarówno lądem, jak i z wody.
A co w karcie? Nie znajdziecie tutaj smażonej ryby, frytek i piwa, a także nuggetsów dla dzieci – na waszych talerzach zagoszczą za to dzieła sztuki z najlepszych produktów. Kuchnia Barki to romans śródziemnomorza z Polską, często z azjatyckim twistem. Porcje są niewielkie, przystawkowe, idealne do dzielenia się i poznawania nowych smaków. A tutaj zdecydowanie warto poznać ich jak najwięcej! Wina także nieprzypadkowe, wyselekcjonowane etykiety z całego świata. Janusz Chruściel, właściciel Barki i szef kuchni, dobiera je z ogromną pieczołowitością, bo jak sam pisze o swoim miejscu: „Aby szczęśliwie żyć, nie powinno się jeść byle czego i byle jak, popijając byle jakim trunkiem”. Menu jest krótkie, a o każdym daniu wyczerpująco opowie wam właściciel lub jego żona; pomogą też dobrać odpowiednią butelkę. Nas za każdym razem zachwycają: fenomenalny tatar z tuńczyka w rożku na spring rollsy, szarpane mięso z byczego ogona w bułce, eklerka z prawdziwkami z glazurą pomidorowo-kawową, krewetka w spaghetti ziemniaczanym z sałatą, mango i imbirem oraz kalmary faszerowane kaszanką z sosem musztardowym – są niezwykle miękkie i delikatne, a smak kaszanki łączy się z nimi zaskakująco dobrze. W tym roku nasze serca skradły też rozpływające się w ustach dzikie przegrzebki w sosie z żubrówki, który nadawał tym pysznościom charakteru. Z większych dań wybraliśmy idealnie wysmażonego, soczystego steka z polędwicy w esencjonalnym sosie smardzowym i duże krewetki z południowego Atlantyku, które przerosły nasze oczekiwania i były najlepszymi, jakie jedliśmy do tej pory. Dobór wina do tak różnorodnego menu to wielkie wyzwanie, a wręcz rzecz niemożliwa. Dlatego bierzemy tutaj po prostu coś, co pasuje do większości dań lub – w szerszym gronie oczywiście – kilka butelek, które można bez problemu zabrać później ze sobą i świętować przez resztę wieczoru, wspominając smak tych obłędnych rarytasów. Degustowaliśmy takie etykiety, jak wykwintny Maius Assemblage, w którym niuanse balsamiczne łączą się z nutami czerwonych i ciemnych owoców, a podczas ostatnich odwiedzin udało nam się załapać na butelkę Vetivera Viury od Altos de Ontañón o grejpfrutowym i gruszkowym aromacie, która dzięki starzeniu w amerykańskim dębie, wspaniale odnalazła się z krewetkami w maślanej emulsji. Bardzo dobrze zapamiętaliśmy też albariño z Bodegi Garzón: czyste, mineralne i rześkie, o przyjemnej kwasowości. Idealne na ciepły wieczór przy stole pełnym owoców morza.
Na Barce bezwzględnie konieczna jest rezerwacja, obecnie możliwa przez system rezerwacyjny na stronie internetowej, po uiszczeniu przedpłaty.



Trochę tradycji w malowniczej Ukcie
Po śródziemnomorskiej uczcie wracamy do dań tradycyjnych. [13] Słowiczówka to restauracja rodzinna, w której spróbujecie tradycyjnej kuchni opartej na lokalnych produktach, a w niektóre dni przed restauracją kupicie owoce i warzywa sprzedawane przez rolników. Znajduje się w niewielkiej mazurskiej wiosce – Ukcie, 16 km od znanych wszystkim Mikołajek. Zjedliśmy tutaj stynki z sosem czosnkowym oraz domową, intensywnie kurkową i kremową od śmietany zupę, natomiast z dań głównych słuszną porcję pysznego sandacza z surówką z kapusty, marchewki i jabłka, do której wprawdzie nie dodawalibyśmy cukru, a już na pewno nie w takiej ilości, ale to po prostu kwestia gustu. No i klasyczne niedzielne danie: mielony, tutaj wyjątkowo soczysty, z ziemniakami i mizerią. Podsumowując: smacznie, domowo, prosto i w bardzo uczciwej cenie. W weekendy lepiej zrobić rezerwację.

Magiczne miejsce gdzieś w lesie
Między Mikołajkami a Rucianem-Nidą, w lesie na uboczu jest wyjątkowa wioska Kadzidłowo, w której znajdują się tylko trzy gospodarstwa. Wydaje się, że tutaj czas stanął wiele lat temu. Dookoła las – Puszcza Piska, Park Dzikich Zwierząt i piękne mazurskie chaty, a w jednej z nich, istniejąca od 1999 roku [10] Oberża Pod Psem, prawdziwa mazurska restauracyjna perła. Miejsce działające zgodnie z ideą slow food, o czym świadczy napis na drzwiach: „Nie mamy czasu dla ludzi, którzy nie mają czasu”. Jak mówią właściciele – to dewiza Oberży i kwintesencja dobrej gastronomii. Ale tutaj chyba nikomu się nie spieszy. Można podziwiać mazurskie krajobrazy, cieszyć się ciszą i przyrodą.

Kuchnia jest wyśmienita, oparta na ekologicznych, lokalnych produktach – i z własnego ogródka, i z zaprzyjaźnionych sąsiednich gospodarstw. Zacznijmy od zupy, której – w takim wykonaniu – nie znaleźliśmy w żadnej innej restauracji. Kwaśnica mazurska: klarowny, bardzo kwaśny, esencjonalny wywar z kiszonej kapusty i grzybów podany z ruskimi pierogami w środku – mistrzostwo świata! Spróbowaliśmy też rewelacyjnych pierogów z mięsem z dzika, z wzorowo cienkim i delikatnym ciastem i wspaniale przyprawionym, soczystym farszem, oraz mielonych, które moglibyśmy jeść codziennie. Do tego pyszny, domowy, taki prawdziwie babciny kompot. Oczywiście nie mogło zabraknąć wina. W karcie królują polskie butelki z winnicy Turnau i włoskie etykiety z zaprzyjaźnionej winnicy La Bandita e Lunadoro w Toskanii, z własnego importu. W Oberży można też kupić lokalne specjały. My wróciliśmy z chlebem na zakwasie pieczonym w tradycyjnym, opalanym drewnem piecu i pasztetem z dzika, który zniknął w jeden wieczór. Jeśli ktoś twierdzi, że lokalna mazurska kuchnia jest nudna, powinien odwiedzić to miejsce. Tutaj zakochacie się nie tylko w tym, co na talerzu. Dookoła jest tak pięknie, że nie chce się stąd wyjeżdżać. Na teren Oberży wstęp mają tylko goście z rezerwacją, dlatego koniecznie o niej pamiętajcie.
Ale jedzenie to nie wszystko. Można tutaj zatrzymać się na nocleg, wynająć pokoje z łazienką lub cały dom, cieszyć się ciszą i piękną przyrodą przez cały rok! A dla entuzjastów sauny do dyspozycji za dodatkową opłatą jest bania.



Kawał Gruzji na Mazurach
Wracamy w okolice naszego ukochanego Przykopu. Siedem kilometrów od Folwarku i Starej Kuźni, nad sąsiednim Jeziorem Wojnowo znajduje się [12] Restauracja Gruzińska Ruda. Pewnie nigdy byśmy tam nie zajrzeli (sięgać po gruzińskie jedzenie na Mazurach?!), gdyby nie polecenie przyjaciół, właścicieli pobliskiej agroturystyki. Rok przed wizytą tutaj eksplorowaliśmy Gruzję, próbując tamtejszych specjałów i w restauracjach, i w przydrożnych barach, a także lokalnych przysmaków przygotowanych nam przez poznanych tam ludzi i utwierdziliśmy się w przekonaniu, że i tamten kawałek świata, i tamtejszą kuchnię po prostu uwielbiamy. Dlatego – musimy przyznać – bardzo się tego mazursko-gruzińskiego doświadczenia obawialiśmy. Wybraliśmy bardzo klasycznie: sałatka gruzińska pchali, czyli kulki ze szpinaku, mielonych orzechów włoskich i przypraw, chinkali i barani lula kebab. Widząc Gruzina niosącego mięso do przyrządzenia na grillu ustawionym za restauracją, już przeczuwaliśmy, że będzie dobrze, a po otrzymaniu chinkali byliśmy tego pewni. To było najbardziej autentyczne gruzińskie jedzenie, jakie spotkaliśmy w Polsce, a próbowaliśmy w wielu restauracjach. Idealne przystawki: pchali pyszne; ciasto chinkali cienkie i perłowe, z rewelacyjnie doprawionym farszem; wreszcie soczysty kebab z grilla – coś wspaniałego! Oczywiście przyjechaliśmy tam znów po dwóch miesiącach i też wyjechaliśmy zachwyceni. Zjedliśmy lula kebab z kurczaka, który był zgrillowany w punkt: delikatny, soczysty, pełen smaku gruzińskich przypraw oraz gruzińską sałatkę z pomidorów i ogórków, z sosem z orzechów włoskich (w każdym regionie Gruzji występuje ona w trochę innej wersji). Niestety zmieniło się jedno: podmieniono natkę kolendry na natkę pietruszki, co oddaliło już smak od rodzimego. Miejmy nadzieję, że wróci na właściwe tory.
Bo że my w te strony wrócimy, to – cytując klasyka – „oczywista oczywistość”.


*
9 hitów: szybkie rekomendacje
9 hitów: szybkie rekomendacje
AgroMazury
Wypad w te okolice bez zabrania stamtąd świeżej wędzonej ryby się nie liczy! Najczęściej w drodze powrotnej staramy się zaopatrzyć na najbliższe dni, tak żeby chociaż w ten sposób zrekompensować sobie to, że – jak zwykle – jesteśmy tam zbyt krótko. AgroMazury to miejsce przy drodze pomiędzy Giżyckiem a Orzyszem, które polecono nam kilka lat temu. W niewielkim sklepie spory wybór świeżo wędzonych ryb: sieje, sielawy, węgorze i sporo innych – w zależności od dnia, a także ryby w zalewie w słoiku.
Park Dzikich Zwierząt
W Kadzidłowie, obok Oberży pod Psem, znajduje się piękny Park Dzikich Zwierząt, który powstał około 1987 roku. Początkowo była to niewielka farma jeleniowatych stworzona przez Polską Akademię Nauk, ale z biegiem lat park rozrósł się i obecnie stanowi centrum ochrony gatunków. Zwiedzanie zawsze odbywa się z przewodnikiem i jest świetną atrakcją, nie tylko dla najmłodszych. Można tam obejrzeć przez ogrodzenie wiele gatunków dzikich zwierząt, a także bezpośrednio się z nimi spotkać, nawet karmić jelenie, daniele, sarny, muflony i osiołki. W zachwyt wprawiają żyjące w Parku na wolności w bardzo dużej grupie pawie indyjskie.
Folwark Przykop
Kilka kroków od Starej Kuźni znajduje się rodzinna agroturystyka właścicieli tej restauracji. To dziewiętnastowieczny dworek niedaleko Jeziora Buwełno, ze schludnymi, skromnymi pokoikami z łazienką, otoczony parkiem. W tym magicznym miejscu warto zatrzymać się nie tylko ze względu na bliskość wspaniałej restauracji, ale i wyborne śniadania przygotowywane ze świeżych i pysznych lokalnych produktów. Tutaj jedno jest pewne: nigdy nie będziecie głodni.
Mamerki – kwatera Mauerwald
Miłośnicy historii także znajdą na Mazurach coś dla siebie. Niedaleko Węgorzewa w latach 40. Niemcy wybudowali Kwaterę Naczelnego Dowództwa Wojsk Lądowych (OKH), składającą się z ponad 30 schronów i bunkrów. Można tutaj także zobaczyć ruiny dworca kolejowego, pocztę, stację transformatorową i kotłownię.
Kawa specialty
Jedyne, czego od lat brakowało nam na Mazurach, to dobry kwasowy i aromatyczny przelew. Co prawda w tutejszych restauracjach bywały kawy, które moglibyśmy pić nieustannie (kilka lat temu pyszne espresso od Coffee and Sons w Starej Kuźni), jednak generalnie królują mocno palone ziarna, za którymi nie każdy przepada. W tym roku odkryliśmy White Bear w Giżycku. To białostocka sieciowa kawiarnia z ciastkami i kawą specialty, w której pobudziliśmy się całkiem niezłym dripem z Etiopii.
Akwedukty Puszczy Rominckiej
W Stańczykach, w powiecie gołdapskim znajdują się jedne z największych wiaduktów w Polsce, a ich wygląd nawiązuje do rzymskich akweduktów. Powstały na początku XX wieku i służyły przeprawie kolejowej. To właśnie tą drogą wożono kamienie do budowy Wilczego Szańca – jednej z FHQ – kwater głównych Adolfa Hitlera.
Restauracja na wodzie
Fishbarka to żeglarska smażalnia na środku Jeziora Szymon. Dotrzecie tutaj tylko z wody, nie uświadczycie wina, ale zjecie smaczną, perfekcyjnie usmażoną świeżą rybę, frytki i popijecie zimnym piwem. Jeśli w weekendy będzie tłoczno, nie przejmujcie się, pracownicy bardzo sprawnie znajdują miejsce do cumowania dookoła knajpy.
Agrozagadka
Jeśli zapragniecie świeżych lokalnych serów, wskakujcie na rower i jedźcie do Bogaczewa. W tej agroturystyce dostaniecie sery podpuszczkowe (nasz ulubiony, z kozieradką), ricottę, a nawet pleśniowe z mleka od szczęśliwych krów pasących się tuż za domem. Jest tu też opcja noclegu z wegetariańskimi śniadaniami (czasem też dostępne są ryby) z lokalnych produktów.

