
Niebo w gębie
Udostępnij artykuł
Święto Wszystkich Świętych, które – jak zwyczajowo donoszą prasa i telewizja – „zbliża się wielkimi krokami” nieuchronnie wiedzie nasze myśli ku sprawom ostatecznym. Zakładając, że byliśmy grzeczni i pójdziemy do raju, możemy się cieszyć. Cieszę się, nie przestaje mnie jednak nurtować jedna myśl: czy będzie tam co jeść?
W Narodowym Spisie Powszechnym z 2021 roku przynależność do Kościoła Katolickiego zadeklarowało 71% Polaków. To ciągle przytłaczająca większość, należałoby więc chyba zacząć od analizy raju tej właśnie religii. Jego oficjalny opis znajduje się w Katechizmie Kościoła Katolickiego (punkty 1023–1029). Niestety, nie wygląda to najlepiej. Możemy przeczytać, że „żyć w niebie oznacza «być z Chrystusem»” (1025) oraz że „to doskonałe życie z Trójcą Świętą, ta komunia życia i miłości z Nią, z Dziewicą Maryją, aniołami i wszystkimi świętymi, jest nazywane niebem” (1024). Wypowiedzi rozmaitych świętych ani na jotę nie poprawiają sytuacji. Św. Jan Maria Vianney: „O moi drodzy parafianie, starajmy się dostać do nieba! Tam zobaczymy Boga. Jak szczęśliwi się poczujemy!”. Św. Faustyna: „Widziałam, jak wszystkie stworzenia nieustannie oddają chwałę i cześć Bogu”. I tak dalej i tym podobnie.
Czyli: źródłem wiecznej idylli jest po prostu oglądanie Boga i jemu podobnych istot. Potrafię to zrozumieć, ponieważ przez całe liceum kochałem się platonicznie w pewnej koleżance i kiedy w drodze na lekcje widziałem ją zdążającą do autobusu, doznawałem czegoś w rodzaju pomieszanej z lękiem ekstazy, podobnej do tej, jaka jest udziałem ludzi skaczących na bungee. Po powrocie na chatę zawsze mogłem jednak liczyć na ciepłą wodę z domowym sokiem wiśniowym i naleśniki z serem albo racuchy z jabłkami – dzięki czemu nakarmiona została nie tylko dusza, ale i zmysły. Tu zaś właściwie nie wiadomo, jak będzie – informacji o tym jak kot napłakał.
Św. Jan (Ap 22,2) pisze co prawda, że w raju – Nowym Jeruzalem – które będzie miało formę gigantycznego grodu ze złota i szlachetnych kamieni: „Pomiędzy rynkiem Miasta a rzeką, po obu brzegach [rośnie] drzewo życia, rodzące dwanaście owoców – wydające swój owoc każdego miesiąca – a liście drzewa [służą] do leczenia narodów”. To jednak kolejna metafora, od jakich roi się Biblia. Włoski egzegeta Giovanni Stefano Menochio (1575–1655), zwany u nas Menochiuszem nie pozostawia co do tego żadnych wątpliwości. W jego komentarzu dołączonym do Biblii łacińsko-polskiej w przekładzie ks. Wujka (Wilno 1896) czytamy: „Drzewo żywota. […] porównanie do drzewa żywota, które znajdowało się w raju. Drzewo żywota, jak również rzeka, o której mówiliśmy, oznacza błogosławione oglądanie Boga. […] Rodzące owoców dwanaście. Że te drzewa każdego miesiąca nowe wydają owoce, znaczy, że w świętych ciągle się odnawia nieśmiertelność i szczęśliwość, że one są zawsze nowe, a zawsze doskonałe i zupełne”.
Interesująca kulinarna eschatologia jest w judaizmie. Co prawda jej starotestamentowe opisy są równie rzadkie, skromne i uwikłane w alegoryczną sieć, jak nowotestamentowe, ale przynajmniej o wiele smakowitsze. Prorok Izajasz (Iz 25,6) obiecuje na przykład, że „Pan Zastępów przygotuje dla wszystkich ludów na tej górze [Syjon] ucztę z tłustego mięsa, ucztę z wybornych win, z najpożywniejszego mięsa, z najwyborniejszych win”. To przekład Biblii Tysiąclecia, ale naprawdę ciekawie robi się, kiedy ponownie sięgniemy do Wujka i Menochiusza. Tekst brzmi: „Uczyni Pan zastępów na wszytkie narody na téy górze ucztę z rzeczy tłustych, ucztę zbiérania wina, z tłustych rzeczy szpik w sobie maiących, z zebrania wina wystałego”. A komentarz: – Zbierania wina. W hebr. scemarim, który to wyraz oznacza fuzy; bowiem powiadają, że wino, które na fuzach swoich osiada, naturalny smak i siłę zatrzymuje. Sens więc jest: uczta, na któréj będzie zastawione najwyborniejsze i najnaturalniejsze wino. – Zdaje się, że […] miał na względzie uczty, które się odbywały po zebraniu winnych gron. – Szpik w sobie maiących. Szpik bowiem kości jest najdelikatniejszy, i jest dowodem, że także i mięso onych bydląt jest najdelikatniejsze”. Czyli, mówiąc jeszcze prościej: jako rajscy biesiadnicy jeść będziemy np. marmurkową wołowinę i szpik (poproszę pieczony, na grzance – tylko broń Boże mi go nie przeciągnąć) i wina dojrzewające na fuzach, czyli osadzie – np. szampany i muscadety sur lie, a może nawet i jakieś szalone czerwone burgundy. Brawo! I żadnych alegorii na deser.
Biblia Biblią, a hagady (czyli rabiniczne opowieści) hagadami. Jedna z historii, która wiedzie się z niewchodzącej w skład Tanachu czwartej księgi Ezdrasza, mówi o trzech gigantycznych stworzeniach, które w zamiarze Pana mają stać się menu na uczcie sprawiedliwych po dniu ostatecznym – to ptak Ziz, byk Behemot i ryba Lewiatan. O tej ostatniej – tak wielkiej, że zjadała jednego wieloryba dziennie, a nawet polowała na rybę, która połknęła Jonasza, raczył się wypowiedzieć sam ks. Benedykt Chmielowski (ten od „KOŃ iaki jest, każdy widzi”). W swych Nowych Atenach – skwapliwie zaznaczając, że to wierzenie żydowskie, a dla nas „bayka śmiechu godna” – pisze: „LEVIATHAN iest to taka ryba wielka, że cały okrąg Świata sobą obtoczywszy, trzyma się za swóy własny ogon, aby iuż róść nie mogła. Z tą tedy rybą (powiadaią Żydzi) Pan BÓG igra sobie y ią chowa Żydom po śmierci na potrawy y specyały dla nich”.
Zupełnie inny plan – by wrócić na chwilę do chrześcijaństwa – ma ten sam władca nieba i ziemi w interpretacji świadków Jehowy. Okładki ich pism, takich jak Strażnica czy Przebudźcie się pełne są ilustracji w stylu, który można by nazwać idyllicznym hiperrealizmem (coś jak Four Freedoms Normana Rockwella, tylko jeszcze słodsze i jeszcze bardziej dosłowne), przedstawiających drewniane domy w kipiących zielenią ogrodach i uśmiechniętych, szczęśliwych ludzi ras wszelkich, przewożących na taczkach wyhodowane przez siebie warzywa (osobliwie dynie), nierzadko o dorodności iście miczurinowskiej.
Jest to wizja Nowego Świata, czyli ziemskiego raju przywróconego, oparta na dosłownej interpretacji Biblii, w tym Księgi Izajasza (65,20 i dalej): ludzie będą żyć co najmniej po sto lat, a także „Zbudują domy i mieszkać w nich będą, zasadzą winnice i będą jedli z nich owoce. Nie będą budować, żeby kto inny zamieszkał, nie będą sadzić, żeby kto inny się karmił”. Czyli mamy tu samowystarczalność oraz totalny off-grid. Mamy również weganizm, na który przejdą nawet zwierzęta – dalej (65,25) Izajasz pisze: „Wilk i baranek paść się będą razem; lew też będzie jadał słomę jak wół; a wąż będzie miał proch ziemi jako pokarm”. Przypomina to jako żywo marzenia Jasia Kapeli o wegańskich kotach i może komuś taki scenariusz odpowiada, ale na pewno nie mnie. OK, skoro wąż chce jeść ziemię, jego sprawa, ale ja bym od czasu do czasu jakiś stek wciągnął – myślę, że stworzenie go w sposób nieinwazyjny to dla Jehowy pestka, a jednak im bardziej zagląda się do środka Strażnicy, tym bardziej tego rib eye’a tam nie ma.
Dużo sensowniej jest to wszystko ogarnięte w islamie. Religia ta traktuje smakoszy bardzo poważnie, przedstawiając szczegółowe opisy kulinarnych rozkoszy w raju, czyli dżannie. Dżanna również jest pełnym wspaniałej zieleni ogrodem, ale nie ma mowy o tym, że musisz sam sobie sklecić chatę czy wyhodować dynię. Przeciwnie: full serwis i to na poziomie trzech gwiazdek Michelin, chociaż – przyznajmy – w stylu cokolwiek dubajskim. Oto kilka smakowitych cytatów z Koranu (tłum. Rafał Berger, e-koran.pl). „Tak opisano Raj, do którego wejdą sprawiedliwi: Będą w nim płynąć strumienie – zawsze świeżej – wody, strumienie pełne mleka, którego smak się nie zmieni oraz strumienie wina, dające radość pijącym i strumienie oczyszczonego miodu. Będą tam im dostępne wszelkiego rodzaju owoce i obejmie ich miłosierdzie Pana” (47.15). „(Tacy ludzie usłyszą) «Jedzcie i pijcie radośnie za to, co uczyniliście w minionym życiu»” (69.24). „Wszystko, czego tylko zapragną ich dusze i co sprawi radość dla ich oczu, będzie im podawane na złotych tacach i w złotych pucharach” (43.71). „Odpoczywać będą na łożach wyszywanych złotem, podparci, zwróceni do siebie twarzami. Wśród nich krążyć będą nieśmiertelni młodzieńcy z pucharami i dzbanami wypełnionymi napojem z tryskających źródeł, po którym nie rozboli ich głowa, ani nie będą oszołomieni. Będą podawać im owoce, jakich tylko sobie zażyczą, i mięso ptaków, jakiego zapragną” (56.15–21).
Czyli nie dość, że jedzenie jest nagrodą za czyny w świecie doczesnym, to jeszcze zero możliwości upicia się, zero kaca i w ogóle zero jakiejkolwiek uciążliwej fizjologii. O tym ostatnim traktuje jeden z hadisów (czyli opowieści o czynach lub wypowiedziach Mahometa) – Sahih Muslim 2835a (sahih to najwyższy stopień autentyczności): „Wysłannik Allaha (pokój i błogosławieństwo Allaha z nim) mówił, że mieszkańcy Raju będą jedli i pili, lecz nie będą pluć, oddawać moczu ani wypróżniać się, nie będą też cierpieć na katar. Zapytano: «Co zatem stanie się z jedzeniem?». Odpowiedział: «Będzie im się odbijać i będą się pocić (i w ten sposób przetworzą pokarm), a ich pot będzie pachniał piżmem»; będą też wielbić Allaha i wysławiać Go z taką łatwością, z jaką wy oddychacie”.
W mitach nordyckich gastronomiczne benefity z właściwie przeżytej doczesności (a dokładnie z wielkich wojennych czynów) czerpią mieszkańcy Walhalli – miejsca pobytu poległych w walce wyjątkowo dzielnych wojowników. To należący do boga Odyna pałac o 540 bramach. Również sporo tu złota (tarcze, włócznie), ale i tak najważniejsze jest żarcie. Całymi dniami wojownicy robią to, co potrafią najlepiej, czyli nawalają się mieczami (żeby nie wyjść z wprawy, bo czeka ich wielka bitwa ze złem u boku Thora), a wieczorami ucztują. Spécialité de la maison to odrastający codziennie kosmiczny dzik Sahrimnir przyrządzany przez kucharza bogów Andhrimnira w kotle Eldhrimnirze – ma się rozumieć magicznym, a więc i pewnie magiczne smaki tworzącym. Trunek to miód pitny podawany w rogach przez walkirie albo czerpany wprost z wymion (rzecz jasna magicznej) kozy Heidrun.
Kulinarne raje – trzeba przyznać – są zróżnicowane. Chciałoby się rzec: „każdy może wybrać coś dla siebie” – problem jednak polega na tym, że większość religii to systemy zamknięte i żeby dostać marchewkę, najpierw trzeba się zapisać, co nie każdemu odpowiada. Można jednak wzorem przodków… zaprosić bogów na ucztę do siebie. Jak dowodzą Hanna Lis i Paweł Lis w książce Kuchnia Słowian. O żywności, potrawach i nie tylko… – nasi praszczurowie składali „tym z góry” rozmaite ofiary (czarne kury, chleb, wino, sól, nabiał, miód, ryby, byki, tury), ale nie na sposób starotestamentowy (całopalenie), tylko tak, żeby samemu mieć z tego korzyść: „Większość ofiarnego jadła była spożywana w trakcie obrzędu – po stwierdzeniu przez kapłana (żercę), że „żertwa” została przez bóstwo przyjęta, następowała wspólna uczta (pir)”. A na takiej imprezie wiadomo – można nawiązać znajomości i potem być może dostać się dzięki nim do wybranego raju – bez pośrednictwa „urzędników Pana B”.
To co, próbujemy?
TŁÓKNO (za książką Kuchnia Słowian)
- 1 kg owsianego lub jęczmiennego ziarna
- 1 l wody
- sól
- zioła według uznania
Zbożowe ziarno moczymy w wodzie kilka godzin (5–10), odsączamy; suszymy w piecu, aż pożółknie, następnie tłuczemy w stępie na śrutę [w jej braku można użyć moździerza, makutry lub malaksera z grubymi ostrzami – przyp. łk]. Tak spreparowane wsypujemy na gotującą się wodę (na 1 litr wody około 0,1–0,2 kg śruty) i szybko mieszamy mątewką, aby nie powstały grudy. Solimy do smaku, możemy też doprawić ziołami.
