
Śniadanie mistrzów (i mistrzów rachunków)
Udostępnij artykuł
czyli o tym, dlaczego jajecznica w restauracji kosztuje tyle, co mała, używana lodówka.
Do miasta dotarliśmy wczesnym rankiem – głodni. Jest knajpa, wchodzimy, siadamy. Kelner podchodzi z miną kogoś, kto właśnie wrócił z pielgrzymki do Santiago de Compostela i chciałby podzielić się tym doświadczeniem, ale nie teraz, bo iluminacja jeszcze trwa. Kładzie przede nami kartę i odchodzi.
Otwieram.
I wtedy coś we mnie umiera.
„Śniadanie klasyczne: dwa jajka, tost, masło, dżem – 58 zł”. Siedzę przez chwilę w ciszy, jak człowiek, który właśnie przeczytał diagnozę. Rozglądam się po sali. Inni goście jedzą spokojnie. Może oni wiedzą coś, czego ja nie wiem. Może te jajka zniosła kura, która chodziła na jogę. Może ten tost powstał z chleba upieczonego przez mistrza piekarskiego z dziada pradziada, który swój sekret o mało co wziął ze sobą do grobu – na łożu śmierci zdążył go przekazać już tylko temu jednemu spadkobiercy lokalu przy Mokotowskiej.
Polska gastronomia odkryła coś, czego przez dekady nie chciała przyjąć do wiadomości: śniadanie to nie posiłek, to rytuał. A za rytuał się płaci. Nie płacę przecież za jajko – jajko kosztuje złotówkę w każdym sklepie spożywczym. Płacę za doświadczenie. Za małą świeczkę na stole, której nikt nie zapalił, bo jest dopiero dziewiąta rano. Za muzykę lo-fi w tle, która sprawia, że czuję się jak bohater reklamy kawy z lat dziewięćdziesiątych. Za to, że kelner powie „smacznego” z takim zaangażowaniem, jakby sam gotował.
Kawa. Osobno, oczywiście. „«Amaricano» na podwójnym” – 22 zł. Rozumiem, bo ziarna były palone przez rzemieślnika, który ma na głowie czapkę beanie i poglądy na fermentację. Nie piję kawy – piję filozofię. Mały kubek filozofii za 22 zł, do którego doleją wodę, ale filtrowaną, co zmienia wszystko.
Avocado toast. Och, avocado toast! „Avocado toast z jajkiem w koszulce, «rukołą» i płatkami chili – 64 zł”. Awokado pochodzi z Meksyku. Dotarło tu samolotem. Biznes. Ale płatki chili – te cztery sztuki na wierzchu – pochodzą ze słoiczka, który stoi na zapleczu i ma pojemność wystarczającą na zaopatrzenie tej restauracji przez kolejne siedem lat. „Rukoła” jest z Biedronki. To nie zarzut. To podziw. Za czelność i odwagę.
Najlepszy jest oczywiście „Brunch set dla dwojga – 180 zł”. Przynoszą deskę. Na desce leżą: kawałek łososia (mały), dwie kulki burraty (małe), trochę owoców (sezonowych, co oznacza, że przynajmniej jeden z nich to winogrona), chlebek o nazwie własnej i dwie miniszklanki smoothie, które w domu zrobilibyśmy w osiemdziesiąt sekund. Deska jest drewniana i prawdopodobnie ma imię. Patrzę na nią z uczuciem kogoś, kto zamówił śniadanie, a dostał instalację artystyczną.
I wiecie co? Jem. Bo jest ładnie. Bo za oknem pada, a tu gra muzyka i pachnie kawą, i przez chwilę czuję, że może życie nie jest tak skomplikowane. Siedzę z tą swoją 22-złotową filozofią w kubku i patrzę na deskę za 90 zł od osoby i myślę: dobrze. Niech będzie. Raz się żyje.
Kelner wraca. „Wszystko w porządku?” – pyta z uśmiechem. Kiwam głową. Bo co miałbym powiedzieć. Że w porządku. Że mogliśmy zjeść to samo w domu za dziewiętnaście złotych. Albo – jak w czasach młodości – po prostu zrobić sobie kanapki na drogę. Dwie kromki chleba, masło, ser żółty, może plaster szynki, zawinięte w papier śniadaniowy przez mamę albo samodzielnie, z półprzytomnym wzrokiem, o szóstej rano. Żadnego lo-fi, żadnej burraty, żadnej deski z imieniem. Tylko kanapka. I była dobra. Ale nie chodzi przecież o jedzenie. Chodzi o to, że ktoś wreszcie zapalił tę świeczkę. I że ona jednak płonie.
